Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niu. Dwa śnieżnej białości koty z czerwonemi oczami skoczyły jej na kolana i zwinąwszy się w puszysty kłębek, mruczały monotonnie.
— Przeszłość! — wyrzekła tak obcym zgoła głosem, że zadrżał, oglądając się mimowoli.
Zaczęła czytać z kart, jakoby z księgi, dzieje jego przeszłości. Nic się nie ukrywało przed jej strasznem widzeniem. Niekiedy badała linię jego dłoni. Chwilami czuł w sobie lodowate groty jej spojrzeń przeszywających. Opowiadała, nie pomijając niczego. Wzbudziła w nim pamięć całego życia. Przesuwał się widmowy korowód, lat przeszłych, pomarłych zdarzeń, miłości, uniesień, zgiełkliwy tłum tego, co było, zapomniane majaki.
— Co to jest? Skąd ona wie? Zali takim byłem? Zali to moje dzieje? — zdumiewał się, coraz głębiej udręczony. Przeglądał się, jakby w czarodziejskiem zwierciadle, nieubłaganie odbijającem zarówno zło, jak i dobro. Nie oszczędzała jego dumy ni próżności, zdzierając wszelkie osłony pozorów. Jej zimny głos miał świst batoga i ranił boleśnie.
Jeszcze nie zebrał rozpierzchłych myśli, gdy stasowawszy nowe karty, oznajmiła sucho:
— Teraźniejszość! — Karty opadały z szelestem, jak obumarłe liście jesieni.
Stał na wiotkiej krawędzi pomiędzy otchłaniami »wczoraj« a przepaściami »jutro«. Jeszcze wszystko miał żywe w sercu i pamięci. Sprawdzał z bijącem sercem historyę prawie każdego dnia. Pokazywała je w przemijającej prawdzie. Odkrywała udział w spisku, wy-