Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Król we własnej osobie siedział przy kominie, bez maski już i kapelusza. Poznał go z pierwszego rzutu oka i wielce skonsternowany niespodzianką, sprężył się w powinnej postawie i z nachmurzoną twarzą zaszeptał:
— Najjaśniejszy Panie, anim imaginował o takim honorze! Pokornie suplikuję o przebaczenie.
— Ognisty z ciebie kawaler i kąśliwy, jak osa. Siadaj przy mnie, bez ceregieli. Fatigatus, widzę, jesteś, nogi ci drżą, pobladłeś. Siadaj!
— Czynię to jeno na wyraźny rozkaz — opadł na wysunięty trzon komina, bokiem do ognia.
— Zachodzą takie okoliczności, że potrzebuję pewnych wiadomości... ty je wiesz...
— Bylem je znał i mógł powiedzieć, pytaj Najjaśniejszy Panie! — szepnął lodowato.
— Daję ci moje słowo, jako wszystko, co mi powiesz, będzie pogrzebane między nami.
Zaręba struchlał, rzęsisty pot wystąpił mu na czoło i trwogą załomotało serce. Chwila stawała się osobliwa i szczególniej ciężka. Jak ma sobie postąpić? Wszak pyta go król i w materyach, które chował w skrytości, pod pieczęciami przysięgi. Musi odmówić posłuszeństwa. Nikt nie jest mocen zwolnić go z raz danego słowa. Wprawdzie król obiecuje parol na sekret. Ale od zachowania tajemnicy zależy powodzenie insurekcyi, podnoszonej przeciwko jego socyuszom i jemu. A może zawierzyć królewskiemu słowu? A jeśli wyda Igelströmowi, żeby ocalić siebie i zarobić na względy Imperatorowej! Nigdy! Nigdy! Wirowały w nim myśli podobne gwałto-