Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnym, oślepiającym błyskawicom, aż nagle zdeterminował i opanowawszy wewnętrzny dygot, odpowiedział z wielką godnością i przejęciem:
— Najjaśniejszy Panie, powinienem ci posłuszeństwo, ale jeszcze więcej powinienem ojczyźnie. Odpowiem na to, na co mi pozwoli przysięga, dobro sprawy i mój honor.
— Takiś to! — szepnął, niemile dotknięty, król i zrzuciwszy z ramion płaszcz, jął niecierpliwie przemierzać izbę. Tarł czoło, znać w nim było jakieś wachanie; kilka razy przystawał przed nim i odchodził, nie mogąc się na coś zdeklarować. Trwało to niedługo, lecz Zarębie wydawało się nieskończonością. Stał sprężony, goniąc za nim oczami. Burza znowu srożyła mu się pod czaszką. Wszystko, co był kiedyś o nim wiedział, słyszał i myślał, powstało teraz w pamięci, wzmożone jeszcze. Stawiał go przed trybunałem swojego sumienia i niemiłosiernie osądzał. Zdał się być jego sędzią i za razem katem.
— Chce mnie pociągnąć za język i wydać aliantom — myślał nienawistnie. — Nie doczekanie twoje, królu! — szydził, zacinając się w sobie na kamień — nie przemienisz mnie na swojego konfidenta, królu! — srożył się coraz zacieklej — nie stanę się ja Judaszem! — wołał wyniosłą wzgardą, uważał go bowiem za generalną przyczynę wszystkich klęsk Rzeczpospolitej, za najgorszego z parycydów. I byłby z przyrodzonej porywczości skoczył mu z tem do oczów i wypowiedział bez ogródek, gdyby nie ten jakiś majestat, bijący od niego, i poszanowanie, zaszczepione w duszy od dzie-