Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żachnęła się obrażona i uciekła. Marcin pogonił za nią amfiladą pokojów.
Szambelan się podniósł; jego nieodstępny Kubuś, przypomniał porę lekarstwa.
Pozostali we troje, ale kasztelanowa zapadła w jakieś odrętwiałe milczenie, nie odpowiadając nikomu, może nawet nie słysząc ich głosów.
Wybiła właśnie dziewiąta i Zaręba podniósł się do wyjścia.
— Uciekasz? Tak ci pilno, czy tak ci ze mną nudno? — spytała bez ogródek.
— Pilno, czekają na mnie o wyznaczonej porze. Uwierzysz, że wolałbym pozostać z tobą.
— A tak mnie unikałeś! — powiedziała ze szczerością wielce kłopotliwą dla niego.
— Od chwili, w której mnie ostrzegłaś, musiałem się kryć, a potem wyjechałem. Boże, toż jeszcze ci nie podziękowałem za ocalenie moje i towarzyszów! I nie wiem, jak to wyrazić!
Stali przy sobie blizko, prawie się dotykając piersiami. Zagrała w nim pijana, szalona żądza pochwycenia jej w ramiona i całowania nabranych, purpurowych ust. Patrzyła bowiem tak wyzywająco, była tak kusząco piękna, tak zdała się być gotową na wszystko, że w głowie mu się zakręciło. Powstrzymał się jednak i tylko ucałował jej ręce; były chłodne i nie oddawały uściśnień. W oczach jej zabłysła jakby mgła łez.
— Dziękuję ci całą duszą w imieniu ocalonych. Postąpiłaś wzniosie.