Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Życzę ci szczęścia! — powiedziała cicho i odeszła jakoś chwiejnie i bardzo powoli.
Widział, jak siadła na dawnem miejscu, wsparła się łokciami o stół i łzy popłynęły z jej oczów ciężkimi sznurami pereł. Dawała im spływać, jakby krwi z rany śmiertelnej. Płakała spokojnie, bez jęków i szlochań, beznadziejnie.
Cóż miał począć? Uciekł poruszony do trzewiów, zacinając zęby, aby nie zakrzyczeć z jakiegoś szarpiącego bólu. Wciąż miał przed sobą jej twarz zakrzepłą na kamień i radloną strugami łez. Te jej łzy zalewały mu serce zgryzotą i wszystkiemi furyami nagle zbudzonych żalów. Kochała go! Miał teraz oczywisty dowód. Ale nie chciał temu zawierzyć. Krwawił serce wspominaniem jej zdrad i życia, wydzierał z pamięci, zohydzał przed samym sobą i pomimo tego płakała mu dusza nad grobem umarłej miłości. Płakała nad nią i zarazem nad sobą.
Woyna czekał zniecierpliwiony i natychmiast wyszli z kwatery. W drodze — margrabianka mieszkała niedaleko, na Krakowskiem, obok kamienicy Wasilewskiego — Woyna jął się spowiadać ze swojej miłości. Mówił innym, niźli zazwyczaj, językiem i sposobem. Ani by kto rozpoznał z jego słów płomiennych i tkliwych dawnego cynika, kpiarza i hulakę. Nawet głos mu brzmiał, jakby flotrowers w noc majową, rozśpiewaną słowików trelami, a zapachami kwiatów dyszącą. Nie wyszydzał żadnej z takim żarem, z jakim teraz wystawiał tę jedyną. Był jej wyznawcą i czcicielem.