Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakby Waść słyszał, że takie same racye podawał Naczelnik. Zadanie nasze bardzo ciężkie: trzeba nam nie dopuścić połączenia się nieprzyjaciół, rozerwać sieć, jaką nas chcą ułowić, i maszerować na Warszawę. Tom słyszał w nocy na naradzie w Koniuszy. Tylko Zajączek się temu przeciwił. Nie lubię rudego pyska tej wielmożności. Zawsze stawia veto i wściekły, jeśli nie postawi na swojem. Większy to ambit, niźli zdatność. A przytem przybiera pozór srogiego Jakobina, żeby łacniej przycinać każdej zasłudze i cnocie! — mówił z nietajoną niechęcią.
— Trudno o bardziej utrafiony konterfekt. Cóż to za wsie przed nami?
— Pierwsza nad drogą Imbramowice, zaś tamta za nią, nieco na prawo, Gruszów — objaśniał, zaglądając do marszruty — tam właśnie mamy wyznaczony dłuższy odpoczynek. Piechota już nawet sięga opłotków. Naturalnie, do chałup się nie dociśniemy, przyjdzie nam rozkładać się na błocie. Żeby nas tylko nie ugościł jaki rzęsisty deszczyk! — szepnął, wskazując na długą, szarą chmurę, zaciągającą słońce.
Naraz, w Imbramowicach, czy też gdzie za nią, zatrzeszczały karabinowe wystrzały, zrazu pojedyńcze, rozsypane i bezładne, a po chwili już regularnemi salwami.
— Baczność! Formuj się w kolumnę ściśniętą! Kolumna przez lewo w tył zwrot! — zakrzyczał Kaczanowski, bowiem już cała armia drgnęła gwałtownie wstecznym ruchem. Bębny biły krótkim, groźnym werblem. Zagrały trąbki kawaleryi. Komendy grzmiały ze spokojną mocą. Adjutanci pędzili z rozkazami, aż ko-