Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i pewności. Jakby właśnie w tę porę wschodzące słońce rozpalało w nich radość i dziką moc męstwa. I ani kto mógłby imaginować okoliczność klęski! Lwie serca biły zgodnie jedną wiarą i pewnością.
Wróg zapędził ich w matnię! Wyrąbiemy się! — wołali z żelazną determinacyą.
Wróg pięćkroć silniejszy, ma potężną artyleryę, zajął górujące stanowiska, może atakować odrazu z trzech stron. Zali kępa trzcin oprze się huraganowi?
— Niechaj uderza! Czekamy! Tem chwalebniejsze będzie zwycięstwo i większy tryumf — odpowiadały wszystkie czucia zestrzelone w jedno pragnienie i w jedną pewność.
Kwestya była rozstrzygnięta, że poniechano tej materyi. Rozmowy potoczyły się o innych sprawach, dopomagał do tego żarliwie Fiszer swoimi żartami, wesołą twarzą i niefrasobliwym śmiechem. Miał zawsze jakąś facecyę do opowiedzenia.
— Baczność, Biegański ucieka z jakimś skarbem! — zwrócił uwagę na adjutanta, który z ogromnym garem w rękach wyszedł z poza węgła chałupy i siadł na przyzbie.
— Ktoby sięgnął po mój skarb, weźmie w łeb! — groził wesoło Biegański. Jakaś bosa babina, podkasana do kolan, a z głową omotaną w czerwoną chustę, niosła za nim miskę runtową i jajka w podołku koszuli. Nalał w michę, trzymającą ze dwa garnce, wybił w nią jaja i przyprawiwszy w należytej proporcyi pieprzem i solą, przywołał Zarębę, frasującego się pod krzywą wiśnią, sumiennie ogryzaną przez jego konia. Porucz-