Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I właśnie ów amfiteatr zajmowali Moskale.
Podjazdy doniosły, że już obsadzili Marchocice, Racławice, Zamczysko, Górkę Kościejowską i Lelowice górne, czyli wszystkie wyżyny i wszystkie wyjścia.
Zagrodzili drogi od północy, od południa i od wschodu i przyczajeni po lasach na dogodnych, górujących stanowiskach, pięćkroć liczniejsi, czekali gotowi.
Jedynie wolna strona od zachodu, w razie przegranej i odwrotu, strome zbocze Smoniowic było nieprzebytą tamą i stawało się grobem.
Nie pozostawało, jak zwyciężyć lub zginąć.
Rozumiał to Madaliński i rozumieli wszyscy zebrani oficyerowie. Generał nie stracił ducha i wyszedłszy na szersze pole, przed formujące się oddziały, z perspektywą przy oczach uważnie lustrował okolice, a zwłaszcza płaszczyzny, nadające się do działań kawaleryi. Fiszer z konotatką w ręku nazywał każdą miejcowość i objaśniał. Madaliński długo medytował nad położeniem, ale powróciwszy, rzekł:
— Tak czy owak, a z tej dyabelskiej matni wyrąbać się musimy!
— I wyrąbiemy się, panie generale! — wraz odpowiedzieli w najgłębszem przekonaniu.
Szczególniejsza zaszła przemiana we wszystkich; bo o ile z początku dręczyły ich niepokoje, obawy i wszystko jawiło się w najposępniejszych farbach, to obecnie, gdy każdy już zważył całą grozę położenia i zajrzawszy śmierci w oczy, własnej duszy się spowiadał, nabierali cale innego animuszu. Prostowały się hardo postacie i spojrzenia skrzyły się ogniem dumy