Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Któżeś? — spytał Naczelnik; podobał sobie w rezolutach i junackich postawach.
— Pocztowy z pod porucznika Zbrowskiego. Urodzonym Dmowski z Dmoch, województwa podlaskiego — nie zaniedbał prezentacyi — na towarzysza nie pozwoliła ojcowska fortuna...
— Ruszajcież z Bogiem! Któryś z was musi dowieść rozkazy.
Zaręba zasalutował, przeżegnał się i zmacawszy w olstrach pistolety, konia spiął i popędził, a okrążywszy skrzydło Madalińskiego, wydobył się za parów i pod ogniem moskiewskich flankierów gnał polami, jak wicher.
Naczelnik spojrzał na zegarek; było już dobrze po szóstej. Wieczór się zbliżał. Słońce leciało na dół. Góry i lasy kładły długie cienie. Rosa pokrywała ziemię i pociągał chłód. Dymy, wiszące nad polami modrawe, poszarpane przędzą, kolebały się od grzmotów.
Ognie strzałów błyskały coraz wyraźniej i bitwa srożyła się z coraz większą gwałtownością. Nieustannie trzeszczące salwy karabinów ledwie się dały zauważyć przy huku dział. Ciężkie baterye ryczały głosami,od których wszystko dygotało, a drzewa przyginały się do ziemi. Co chwila jęk rozdzierał powietrze i buchał hukiem piorunu. Z przeszywającym wizgiem leciały granaty i pękając, dawały obraz garści rozżarzonych węgli, ciskanych na szeregi. W przedwieczornej cichości te dzikie wrzawy bitwy nabrzmiewały głosami huraganów. Niekiedy wydobywał się ponad wszystko świst, chichoty i nieludzkie wycia, jakby tysiąca oszalałych dya-