Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odpowiadać za dobry skutek bez armat i choćby szwadronu kawaleryi?
— Zapomniałem dodać, że dwa granatniki i jedną sześciofuntówkę już prowadzi Waszmości porucznik Małachowski. I stawi się na rozkazy szwadron z brygady Mangeta!
— Cóż postanowiono względem kosynierów? — pytał Zaręba, głęboko poruszony wieściami.
— Pułkownik Kczewski już dostał rozkazy. Pozostaną przez noc na tych polach, zajmą miejsca wojsk odchodzących na nowe pozycye. Mają się tak roztasować i tyle zabrać miejsca, jakoby biwakowała wszystka armia!
— Fortel dla zamydlenia oczów! Z tego konkluduję, jako Moskale gdzieś blizko!
— Być może, jako aktualnie już patrzą na nas z tamtych gór z prawej strony i na wprost! — wskazał pogarbione i czarne linie lasów, oddalone zaledwie o parę wiorst. Jasne niebo wydawało ich stromość i rozległość. — Mości poruczniku — zwrócił się do Zaręby — Naczelnik przyzywa cię do swojego boku. Do fortunnego jutra, panie podpułkowniku! — popędzili spiesznie w stronę Imbramowic.
Kaczanowski z prawdziwą przykrością rozstawał się z Zarębą, wobec jednak wyraźnego rozkazu jeno zaklął siarczyście i przystąpił gwałtownie do wypełniania poleceń wodza. W jakąś godzinę wszystko było dokonane na godne przyjęcie wrogów i wieś, pogrążona w ciemnościach i ciszy, dawała obraz jakby wymarłej.