Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wano z rosnącym niepokojem powrotu rozesłanych podjazdów.
Było już zupełnie ciemno, gdy pojawił się znowu przy Zarębie Fiszer.
— Nareszcie! Już mnie dyabli bierą z wyczekiwania! — zagadał Kaczanowski.
— Rozkaz Naczelnika! — zasalutował, podając mu, długi, niezapieczętowany karteluszek.
— Nim skrzeszą ognia i przeczytam, dostanę z ciekawości pypcia na jęzorze.
— Niema sekretu, powtórzyć mogę: »Podpułkownik Kaczanowski natychmiast obsadzi swojemi kompaniami Imbramowice i weźmie pod szczególny dozór trakt do Skalbmierza. Na okoliczność pojawienia się nieprzyjaciela w ciągu nocy, zatrzymywać go ma jak najdłużej, zbada jego siły i cofać się będzie do głównych sił. W razie spokoju opuści pozycye o świcie«.
— Widzę, dyspozycye odmienione. Nie idziemy już na Skalbmierz? — ledwie wykrztusił.
— Zmieniły się okoliczności. Armia pomaszeruje akurat w przeciwną stronę.
— Przebóg, czyżby od tamtej ściany już nam zagradzali drogę!
Fiszer pochyliwszy się z siodła, szepnął im z trwożnym naciskiem:
— Mówię sub secreto: jesteśmy jakby otoczeni z trzech stron! Tylko cicho, na Boga!
— Bywało się w gorszych opałach! Zmienia to jednak postać rzeczy. Rozkaz to rozkaz, ale jakże mi