Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tabory cofnięto w tył, na rozstaje dróg przed Dziemierzycami.
Naczelnik z adjutantami, pomiędzy którymi był Zaręba, zajął jakąś prawieczną mogiłę, wyniesioną nad drogą do Janowiczek, z której mógł ogarniać wojska, już w porządku batalii uformowane, i czuwać nad ruchami następującego nieprzyjaciela.
Jakoż Moskale nie kazali długo na siebie czekać.
Godzina była trzecia z południa, gdy z prawej strony zatrzeszczały pierwsze strzały.
Nad zaroślami podniosły się obłoczki dymów.
Gdzieś głucho zadudniła ziemia. Na pagórkach, między jałowcami, pokazały się nieprzyjacielskie jazdy. Powiew przynosił dalekie pogłosy jakiejś dziwnej śpiewki. Śpiewali, awansując na bok Madalińskiego.
Z niedojrzanej jeszcze strony zagrzmiały armaty; nie donosiły jednak, kule prały ziemię daleko przed frontem. Madaliński stał nieporuszony, tylko szwadrony przedniej straży pod majorem Lukke ruszyły naprzeciw. Po wydobyciu się z wąwozu poszły z miejsca kłusem i szeroką ławą. Zagrochotały prędkie salwy. Krzyk wstrząsnął cichem powietrzem.
Zawiązała się utarczka. Zwarli się raz i drugi. Rozbłyskiwały szable i po krótkiem zmaganiu się Moskale jęli się cofać. Lukke chciał ich zgarnąć z lewego flanku: wymknęli się ku Kościejowskiej, pod osłonę armat, bijących stamtąd coraz potężniej. Potem pokazali się na górujących pozycyach w stronie Racławic. Sytuacya miejsca nie sprzyjała widokom atakowania.