Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czką; niektórzy zaś z czapkami w rękach pobożnymi głosy czcili miłosierdzie Pańskie.
Wracały uznojone piechoty, całe w plejzerach, krwawych szmatach, poczerniałe od dymów, a świecące upojonemi oczami; powracały groźne jazdy w poszumie proporców; wracały baterye w bojowym porządku, z zapalonymi lontami. Wszystkie wojska, defilując przed Naczelnikiem, składały wraz trofea zdobyte na nieprzyjacielu. Spiętrzały się stosy broni i wszelakiego rynsztunku. Oddawano pozdzierane ordery. Zatykano w ziemię oznaki rot i batalionów. Prowadzono jeńców; niewielu ich było, ponieważ zaciekłość walki nie pozwalała brać niewolnika. Górski stawił się ze zdobytym sztandarem. Naczelnik zgromił go za to, że wbrew zakazowi, poważył się ścigać uciekających; na zakończenie dostał jednak pochwałę za męstwo. Defilada zajęła sporo czasu, gdyż Naczelnik oddawał sprawiedliwość każdej zasłudze. W obliczu wojsk ucałował czule Zajączka, Madalińskiego, Mangeta, Lukkę i Kaczanowskiego, nie pomijając nawet niższych szarż.
Na ostatku, z przyczyny dalszej drogi, nadciągnęli kosynierzy. Już z dala niesły się pogwary, śmiechy i pokrzyki jakby powracających z jarmarku. Wiedli ze sobą dwanaście zdobytych armat. Groźne, spiżowe paszcze, obficie zlane krwią, pokornie przyległy u stóp Wodza. Chłopska wiara stanęła półkolem, chorągiew z orłem i snopami dumnie powiewała.
Naczelnik, podjechawszy przed front, wzruszonym głosem zawołał: