Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem. Ślaski prowadził czołową kompanię, mając pod ręką Bartosza. Zaręba stanął przy nim z wydobytą szablą. Przy drugiej szedł Bujak. Trzecią wiódł porucznik Munkiewicz. Maszerowali w uroczystem skupieniu, w mrokach dziwnie świeciły im oczy, z warg płynęły gorące, porwane szepty pacierzów; febra trzęsła niejednym.
Nagle las się urwał i jasny dzień uderzył w oczy. Zawahali się na mgnienie. O jakieś sto kilkadziesiąt kroków przed nimi wyrosła moskiewska kolumna, płynąca wielkiem półkolem ku Wrocimowicom, niby wezbrana groźnie rzeka.
— Kosy do ataku! Za wolność i ojczyznę! Naprzód, chłopy! — zagrzmiał głos Naczelnika.
Wraz załomotały wszystkie bębny i biły przyspieszonem tempem do ataku.
Porwali się, jak burza, z okropną wrzawą i krzykiem.
Gwałt powstał w kolumnie. Zagrały spiesznie trąby i bębny. Gorączkowo odprzodkowywano armaty. W zamieszaniu rozpoczęli bezładną strzelaninę.
— Biegiem! Biegiem! Biegiem! — krzyczeli coraz szybciej oficyerowie.
Nagły huk wstrząsnął powietrzem, kartacze chlusnęły warem ognia i żelaza.
— Jezu! — ktoś jęknął, ktoś się zwalił, a reszta pędziła, groźna, rozjuszona, niepowstrzymana.
Jeszcze nie dobiegli, gdy kartacze znowu rzygnęły im prawie w same twarze.
— Bij w nich! Jezusie, Maryjo! Bij, kto w Boga wierzy! Za mną! — ryknął Bartosz, rzucając się z kosą