Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w który jeśli pozwolimy się wpędzić, to i całej garści kłaków z nas nie pozostanie. Wyszliśmy, aby ich pobić! Szukajże wiatru w polu! Paskudna okolica, na staje nie odkryjesz przyczajonego wroga. Górki, gaiki, białe chatki, strumyki; brakuje tej sielance pasterza z piszczałką i owieczek z błękitnemi szarfami, a byłoby jak na teatrum! — drwił, klnąc naprzemian.
— Masz Podpułkownik humory, jak po occie siedmiu złodziejów! A może jaka kontuzya?
— Sam nie wiem, co mnie do pasyi przyprowadza. Chyba blizkość bitwy, którą czuję w powietrzu! A może Waść podejrzewa, że mnie tak ekscytuje dodowództwo nad kosynierami Kczewskiego? Kawalerski parol, nie pragnąłem tego honoru, i sam na tę szarżę doradzałem tego starego kpa. Ślaski z polecenia Naczelnika indagował mnie w tej materyi. Wolałem dostać w asekuracyę tych nowych obywatelów. Ho! ho! niech no mi się zachwieją w ogniu, dam ja im bobu! Mniemam, jako na taką okazyę długo czekał nie będę. Zobaczysz, jak będą brali nogi za pas!
Zaręba zbył ten przedmiot milczeniem, szło mu o nierównie ważniejszą sprawę.
— Czy istotnie Moskale nadciągają i z tylu stron?
— Prawda, i rachują ich na kilka tysięcy. Naczelnik miał pewnie wiadomości, a nie dopuszczając, aby nas przydybali w Krakowie i może wygnietli, postanowił wystąpić naprzeciw. Nie mały to azard ruszać z taką garścią!
— Od tego wystąpienia zależy powodzenie insurekcyi i przyszłość Rzeczpospolitej.