Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obawą. A prawdy nie wiedzieli nawet oficyerowie, maszerujący wraz ze wszystkimi. Na krótkich odpoczynkach przykładano uszy do ziemi: żadnych tętentów ni oznak pogoni, ani żadnego podejrzanego głosu, nic, jeno poszumy wiatru, bełkoty jakichś rzeczułek i niekiedy rżenia końskie.
— Marsz! Marsz! — popędzały ciche rozkazy; żołnierz brał broń na ramię, prostował grzbiet i maszerował dalej, już znacznie spokojniejszy.
Mijali jakieś wsie, zacieśnione kamiennymi płotami, a strasznie błotniste; jakieś wody, ledwie siwiejące z nocy, mieli po jednej, to po drugiej stronie; jakieś orne pola sprawdzały nogi, utykające na czubatych zagonach i w głębokich brózdach. Kościół podobien wyniosłej skale zamajaczył na chwilę. Głębokie wąwozy, obrośnięte lasem, że tylko nad głowami szarzał pas nieba, zanurzały ich w ciszę i noc jeszcze czarniejszą. Czasem przeprowadzały ich drzewa wyciągnięte nad drogą, niby pikiety sprężone w powinnej postawie. Niekiedy podnosili się na obnażone grzbiety, zasiane głazami, gdzie było znacznie widniej i przestronniej, a wiatr krzyczał przeciągle w same uszy i uderzał rozkolebanemi barami.
I tak przechodziły długie, zda się, nieskończone godziny.
Sen kleił powieki, ciężyła broń, nogi się plątały i niejednemu tak się już troiło w głowie, iż byłby utknął nosem w jakim rowie i pozostał tam bez pamięci; lecz z racyi zwartych szeregów płynęli niepowstrzymanie naprzód, jak rzeka, wezbrana w ciasnem