Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakże, toć za dnia widzieli tysiące maszerującego wojska, tysiące konnicy przewalało się drogami, poszóstne cugi ciągnęły harmaty, szły nieskończone wozy, widzieli starszyznę na wspaniałych koniach: a tu jeno pokazywały się oczom same chłopskie twarze i chłopskie ubiory! I odprawowała się zabawa, niby na jakiemś chłopskiem weselu! Ki dyabeł poprzemieniał! Przecierali sobie oczy.
— Patrzajta no ludzie! Samo chłopskie wojsko! Parobki z Rzędowic, z Żydowa, z Koniuszy i ze wszystkich okolicznych parafii! Sami nasi! — dziwowali się niepomiernie, przysuwając się coraz bliżej. Bartosz zapraszał do ognisk, a straże nie wzbraniały. I nabrawszy śmiałości, runęli całą kupą do obozowiska. I dalejże witać swojaków, obłapiać się z nimi, a cieszyć. Niejedna matka ułapiła za szyję swojego chłopaka i niejedna dziewczyna. Końca nie było uciechom, gawędom i radościom, oblewanym rzęsistemi łzami powitań.
Pułkownik Kczewski rozkazał peysanów należycie ugościć.
Do nóg mu padły starce w podziękowaniach, czem głęboko poruszony kazał im przynieść gorzałki, wysłuchując przytem długiej litanii błogosławieństw.
Godnie się też odpłaciło chłopstwo za ten przyjacielski traktament, gdyż niezadługo zjawiły się całe wozy naładowane żywnością, zaś prócz tego wiedli na postronkach spasione wieprze, wiedli cielęta i barany, nie rachując już drobiu.
— Co to znaczy? Dla kogo? — pytał zdumiony obfitością darów pułkownik.