Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




IV.

Pora była jeszcze wczesna, na świtaniu; na wschodzie rozpalały się pierwsze zorze, a nizkie niebo zaczynało się podnosić i przecierać z ciemności. Szare mgły pokrywały ziemię jakoby wzburzonemi wodami, z których tu i owdzie wytryskiwały samotne drzewa, łysiny skalistych wzgórz i czarne lasy, pnące się na wyniosłości. Niezmierny spokój rozpościerał się nad światem. Oszroniałe gąszcze, jakoby z perłowej masy uczynione, stały zdrętwiałe, bez ruchu. Powietrze było stężałe, rzeźwe i bardzo słuchliwe. Nie przepadał szmer, choćby najlichszy. Bełkotały, niewiadomo gdzie, jakieś strumyki. Z dolin, od wsiów, zatopionych we mgłach, dochodziły piania kogutów i niespokojne naszczekiwania. A gdzieś z południowej strony, jeno daleko, daleko, zadrgały głucho i trwożliwie jakby bicia dzwonów, i brzask pożarów zatlił się w mrokach krwawemi zarzewiami. Zdawały się tam pomnażać czarne chmury skłębionych dymów. Gasło to jednak w świtaniach i ściekało. Natomiast skowronki coraz liczniej śpiewały nad ziemią. Kroki pikiet, brodzących we mgłach, biły akuratnie i mia-