Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A sierżant Derysarz, ukontentowany jej widokiem, wystąpił szarmancko:
— Jurkowa, mocium tego, o ślicznych kolorach, niby róża!
— Ktoś w nią z blizka nadmuchał, to się przez noc rozwinęła — dociął któryś z gemejnów.
— Dmuchnę ja ci w ucho, aż ci się w stępiach zaróżowi! — odkrzyknęła ze śmiechem.
— Cały regiment wyglądał pani Jurkowej! — podchlebiał stary podoficer Mikołajczyk.
— Radabym była przylecieć choćby na skrzydłach, ale przez tych parobów zmitrężyliśmy niemało czasu. Maszeruje to chłopstwo, niczem krowy na jarmarek. Pułkownik aże zbladł ze złości! Pono na srogą bitwę się zanosi? — spytała ciszej.
— Jatki tu będą, moja pani Jurkowa, prawdziwe jatki. Właśnie na tę okoliczność chciałbym coś poradzić — rzucił tajemniczo, odciągając ją na stronę. Nie zdążył jednak, bowiem w tejże chwili wybuchnęły wrzawy, tupania i śmiechy.
— Szarak! Huzia go! Łapaj! Bierz go! Huzia! — zakrzyczeli z szeregów.
Zając sadził polami dziemierzyckiemi, a prosto na wojska. Gnały za nim chłopskie kundle, zawzięcie naszczekujące. Sadził szczupakami, nie zważając na wrzaski, psy zostawały coraz dalej. Naraz zabielały z prawej strony charty Mangeta, biorąc go w swoje obroty. Szarak, snać stary gracz, jednym susem przesadził głęboką drogę do Janowiczek i rwał, jak szalony, w stronę dziemierzyckiego dworu. Charty śmigały za nim, niby