Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Owszem, noc spokojnie, a ranek syto! Wyruszyliśmy późno, pokazało się bowiem, że zniknęło kilkunastu chłopów. Znaleźli ich po wsiach u swoich bab pod pierzynami. Zwojujże świat z takim żołnierzem — dał upust niechęciom — cóż Moskale?
— Leda chwila dadzą znać o sobie. Jak Waszmość znalazłeś wojska?
— W doskonałej kondycyi. Baraszkują, niby w koszarach. A jakiż duch w sztabie?
— Pewni, że jak nas nie pobiją, to my ich rozniesiemy! — ruszył dowcipem Biegański.
— Nie pora na krotochwile! — powsiadł na niego Kaczanowski.
— Naczelnik wzywa Waszmość podpułkownika! — meldował Fiszer, asystując mu do kwatery.
Biegański popędził za nimi. Zaręba zaś zawiesiwszy koniowi torbę z owsem, poszedł wałęsać się między wojskami już gotowymi do wymarszu.
Cudnąż bo przybrały postać owe dziemierzyckie pola, pokryte rozwiniętymi oddziałami. Tysiące proporców igrało z porannym powiewem; tysiące lanc i bagnetów kwitnęło długiemi zagonami, okrytymi jakoby źrałem, kłosistem zbożem.
Rżały konie, gryząc wędzidła i grzebiąc niecierpliwie nogami. Wiały pióra i kity przy czapach i kapeluszach. Wiały chorągwie i znaki. Mieniły się w słońcu barwy.
Tysiące srogich, żołnierskich twarzy czekało jeno znaku; tysiące oczów płonęło nieulękle; tysiące wier-