Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale jak długo? — rzucił, nasłuchując wściekłych kanonad ciężkiej artyleryi.
— Mam jeszcze po pięćdziesiąt pełnych strzałów na działo, nie licząc kartaczów.
W tej chwili zjawił się konny z raportem od Kaczanowskiego.
Naczelnik przeczytawszy doniesienie, pchnął z rozkazami Fiszera do Zajączka, Biegańskiego do Madalińskiego i poszeptawszy coś Laskowskiemu, skinął na swoich wolonterów.
Popędzili galopem głęboką drogą ku Janowiczkom. Las schodzący na dół wnet ich osłonił od strzałów. Mroczno było w parowie, drzewa dygotały od grzmotów. Wązki pas nieba nad głowami znaczył kamienistą i błotną drogę. Naczelnik tak popędzał konia, że w kilkanaście minut pokazały się pola. Na brzegu lasu, dobrze jednak ukryte w gąszczach, już czekały wybrane kompanie kosynierów ze Ślaskim na czele. Przeszło trzystu chłopa, co najwyborniej egzercyrowanego w wojskowych obrotach, stało w cieniu drzew, podobnych do smukłych a potężnych pni. Obok uformował się oddział Kaczanowskiego.
Naczelnik, nakazawszy najgłębsze milczenie, posunął się na sam skraj lasu. Na obszernem polu, zbiegającem ku dworowi w Janowiczkach, widniały moskiewskie wojska, wyciągnięte w pochodową kolumnę. Szły jakby od Racławic i w najzupełniejszej cichości, bez zwykłych trąbień, bębnów i wrzawy. Na czele poruszało się kilka ciężkich bateryi, dobrze okrytych piechotą i chmarami jazdy. Łatwo można było odgadnąć, że bierą