Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niekiedy, gdy wojska pod osłoną dymów z blizka na siebie nacierały i ogień stawał się rzęsistszy, a gęściej wywracali się żołnierze, te same głosy rozkazywały:
— Otwórz szeregi! Rannych i zabitych za front! Zamknij! Ścieśnij się! Tuj, cel, pal! Nabijaj!
I tak szło w kółko na całem polu walki, jakoby w straszliwym kieracie.
Na wielkiej bateryi sześciodziałowej, usypanej na węgle pomiędzy centrum a skrzydłem Zajączka, dobrze umocnionej szańczykami, panował taki sam spokój i porządek.
Kapitan Laskowski sam rychtował działa i znaczył stopień odległości, a po każdym wystrzale kazał naprowadzać armaty na miejsca, przez co baterya nie zmarnowała ani jednego pocisku, zadając ciężkie straty nieprzyjacielowi.
— Pierwsze działo od lewego pal! Nabijaj! Drugie działo pal! Nabijaj! — wołał przeciągle tubalnym głosem, sprawdzając co trochę wiatr i gdy zawiewał z prawej strony, armaty zaczynały grać z lewej półbateryi, żeby dym nie zasłaniał.
— Huncwoty, huczą i grzmią jak na odpuście. Myślą, że nas tem, jak Turków, wystraszą! — odezwał się wzgardliwie na straszliwy ryk moskiewskich bateryi. Naczelnik stał przy nim.
— Nasze szczęście, mają kiepskich kanonierów. Poniesła jakie straty baterya?
— Dwa konie zabite, trzech gemeinów rannych i wóz kowalski zdruzgotany. Można wytrzymać!