Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szturmowym krokiem, z flanku baterye rozwijały ogień natężając go co chwila. Bronił się, jak osaczony dzik, cofając się krok za krokiem, spychany coraz bardziej na środek ogólnych pozycyi. Na domiar złego szwadron kawaleryi narodowej Biernackiego, mając wszystko za stracone i ogarnięty paniką, haniebnie pierzchnął z pola, przyczyniając się do chwilowego zamętu.
Położenie stawało się groźnem; na szczęście nadbiegły w samą porę posiłkowe piechoty i po zażartej walce na bagnety, powstrzymały wroga, osadzając go w miejscu.
Naczelnik nakazywał bronić pozycyi nad wąwozem do ostatniego tchu.
Tuż coraz ciężej przychodziło stawiać czoło wrogowi, przeważającemu liczbą i artyleryą.
Bowiem świeża, jeszcze potężniejsza kolumna moskiewska pokazała się na lewem skrzydle i wraz z wojskami Pustowałowa zaczęła następować z całą forsą.
Bitwa rozgorzała na całym froncie.
Dwie armie jakby chwyciły się wpół i mocując się, szamocąc, gnąc w skręty, biły się, ogarnięte szaleństwem, pijane krwią i mordem.
Szczupłe polskie zastępy walczyły z zawziętą, zimną furyą straceńców. Nie ustępowały już ani piędzi ziemi. Co chwila zatapiały je tumany kurzawy, dymów i ognia, że jeno krwawe płachty chorągwi, targanych zawieruchą, rozwiane proporce i płoty lanc wskazywały ich pozycye. Zdały się być nikłą wysepką, przeciwiącą się nieustraszenie rozszalałym potęgom żywiołów. Biły w nich całe orkany piorunów. Wyżerały mózgi ogniste