Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wagę nieprzyjaciela. Prześcigali się w bojowych azardach. Niejeden, jak orzeł, uderzał na całe stada. Bili się za wolność, za ojczyznę i za Naczelnika w jednej osobie, który wciąż był na wszystkich oczach i zawsze tam, gdzie mogło grozić niebezpieczeństwo. Żołnierz czuł się pod jego okiem bezpieczny. On zaś jednako w gęstym ogniu, jak i w bagnetowych rzeziach, spokojny i zamknięty w sobie, czuwał niezmordowanie nad parowaniem ciosów przeciwnika. Nie uszło przytem jego uwagi zachowanie się w boju żołnierzów i oficyerów. Każdemu natychmiast wymierzał sprawiedliwość, a szczodry był w łaskach i tak tkliwego serca, że nieraz sam podtrzymywał ranionych. Umierali też z jego imieniem na stygnących wargach. A gdzie się pokazał, tam rosły serca, wzmagały się mdlejące siły i utrwalała się niezachwiana wiara w zwycięztwo. Nierzadko widziano go na mogile z perspektywą przy oczach, śledzącego obroty nie przyjaciela. W jednym z takich momentów stanął przed nim chorąży Dębowski z raportem od Kaczanowskiego.
— Dwa regimenty, cztery ciężkie baterye, liczne jazdy — czytał półgłosem z karteluszka i podniósł raptem oczy na las, na dół schodzący, ale niepodobna było dojrzeć pól za nim położonych.
— Powiedz podpułkownikowi, że dobrze! — rzucił krótko.
Zjechał z mogiły i samoczwart, z nieodstępnym Fiszerem, Biegańskim i Zarębą, odprawiwszy na stronę chorągiew wolonterów, ruszył pomiędzy walczące wojska. Jechał stępa, nie zważając na świszczące dokoła strzały. Przyglądał się ze szczególną uwagą szeregom.