Życie tygodnik Rok I (1897) wybór/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Życie tygodnik
Rok I (wybór)
Wydawca Ludwik Szczepański
Data wydania 1897
Drukarz Drukarnia Narodowa F. K. Pobudkiewicza
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Nr. okazowy. Kraków, dnia 24. września 1897 Lwów. Rok I.



ŻYCIE. TYGODNIK • ILL • LIT • ART • NAUK • i SPOŁECZNY:


SPIS RZECZY:



Miriam — Ballada o gwiazdach
A. M-ski — Nie módlcie się!
Antoni Lange — Swemu pokoleniu
Stanisław Pieńkowski — Fontanna
Kazimierz Gliński — Na śmierć Kornela Ujejskiego
Stéphane Mallarmé — Herodyada
Lew Mierzejewski — Evoë vita!
Stanisław Pieńkowski — Modlitwa do Intuicyi
(za Szri Szankara-Aczaryi)
Tadeusz Miciński — Albatros
Sewer — Romans Wikty (nowela)
Otokar Březina — Z cyklu „Tajemne dalky“
Stanisław Wyspiański — Św. Krzyż (artykuł)
Andrzej Niemojewski — Przed Jutrem
Lucyan Rydel — Jesienią
Władysław Nawrocki — Gdy na sen śmierci...
Selim — Z nienapisanego poematu (urywek)
Stanisław Pieńkowski — Geniusz
Stanisław Pieńkowski — Dusza tłumu
Andrzej Niemojewski — Gdzieżeście mi się podziały...
Andrzej Niemojewski — Kochankowie
Maciej Szukiewicz — Zakopiańska bajka
Antoni Sova — Teodorowi Mommsenowi
Stanisław Pieńkowski — Ze snu
Stanisław Pieńkowski — Przykazania
Zygmunt Rostkowski — Do przyjaciela-poety
José Maria de Heredia — Źródło
José Maria de Heredia — Wizya Khem
Adam Asnyk — Do pana Piotra
Andrzej Niemojewski — Na zwoju róży



MIRIAM.



BALLADA O GWIAZDACH.

P. Anieli Hoene.

Czemu mię nęcisz, rzeszo gwiazd milcząca,
Czemu mię wołasz do siebie w przestrzenie?
Oto w toń mroków padła kula słońca,
Płaszcz tajemniczy rozpostarły cienie,
I ciszę tylko szmer potoku zmąca,
Lub gędźba świerszczy z traw nieustająca
Strugą drgań wpada w ocean — milczenie,
A w duszy, miasto snów cichych przeźroczy,
Prąd wrzących tęsknot wzbiera niezwalczenie....
O ciche oczy, gwiazd magiczne oczy!

Jak czarodziejki źrenica paląca,
A tak serdeczna, senna nieskończenie,
Milcząca światłość spojrzeń waszych trąca
Aż o najskrytsze na dnie duszy rdzenie,
Zwycięzka, mocna, nieprzebaczająca...
I nie masz odtąd wytchnienia, ni końca:
Duch tam iść musi, kędy go pożenie
Po nieskończonej niebieskiej roztoczy
Wasze tajemne, bezdenne jaśnienie,
O ciche oczy, gwiazd magiczne oczy!

Pójdź pod me stopy, o sierpie miesiąca!
Między dróg mlecznych perłowe strumienie,
Śladem Chimery, skrzydlatego gońca
Nieskończoności, wzbijem się szalenie
Aż tam, gdzie pierzcha tajemnica mrąca
I śród objawień i olśnień tysiąca
Prawiekuiste wybłyska istnienie!
Niech ciało potem trupem w dół się stoczy,
Byle w was jedno spojrzeć okamgnienie,
O ciche oczy, gwiazd magiczne oczy!


∗             ∗

Niedościgniony, marzony Edenie!
O, w jakiejż dali sfer zamiera pienie!
Jakże krwią dusza przebudzona broczy!
Szał! Nieświadomość! Żądz marnych płomienie!...
O ciche oczy, gwiazd magiczne oczy!

Paryż.
Miriam.



Nie módlcie się!

Nie módlcie się wy za mną, tu modłów nie potrzeba,
Bym jeszcze młodą piersią odetchnąć mógł głęboko,
By duch mój śmiały, dzielny unosił się do nieba
I stamtąd ku swej ziemi miłośne zwracał oko.

Jeżelim ja nie zamarł, jeżeli to możebne,
Muszę się jeszcze zbudzić jak ogień w łonie skał,
I wulkaniczną pieśnię w krainy szląc podniebne
Wypowiem ból wulkanu i piersi ludzkiej szał.

Życia mi tylko dajcie! Dajcie szerokie pole
I drobnych trosk codziennych zerwijcie twardą sieć;
Puśćcie w świat, gdzie na czołach myśli się skrzą sokole,
By dźwignąć trud olbrzymi, coś kochać, czegoś chcieć!

Wtenczas ja sam powstanę i wstrząsnę mem wezgłowiem
I jak potężny mocarz dźwignę poezyi berło,
I wspomnieli się przeszłości oprzędę złotogłowiem
I ku przyszłości błysnę zaklętą pieśni perłą.

Gdy cierń na drogę padnie — ja cierni nie poczuję;
W spiż twardy się zamienię od skroni aż do stóp,
Lud cały zamknę w łono, z łez jego broń ukuję
Zwycięzką — lub zwyciężon jak głaz zalegnę grób.

Straszneż te głazy grobów, żywych pokoleń zmora,
Choć wielbi je artysta, dla sztuki pełen czci;
Wszak znacie ból kamienny, ból straszny gladjatora,
Który przez wieki woła: „O Romo, hańba ci!

Ja znam sam tylko jeden mej duszy głębie ciemne,
I skalę mego głosu i dźwięk mej lutni strun;
Wy znacie tylko krater, gdzie ognie wrą podziemne,
Lub granit pokreślony znakami tajnych run.

Kędyś snem granitowym sfinksy śpią wśród pustyni —
I ja śpię. — O nie budźcie! bolem jest czuć, żeś pył:
Jeśli przyjdzie godzina — w duszy się cud uczyni,
I orzeł moc poczuje, by się ku Niebu wzbił.

Lecz jeśli ból przebyty to serce już spopielił,
Jeśli po skarbach piękna został nadgrobny głaz —
Ci dyby słuchano z góry — błagaćbym się ośmielił:
„Zagaś skrę mego życia, zbliż znicestwienia czas!“

Mińsk lit.
A. M-ski.





ANTONI LANGE.

Swemu pokoleniu.

Wiem, myśmy pokoleniem nie zdolnem do czynu
I próżno chcielibyśmy podnieść miecz do góry:
Woli naszej zabrakło ognistego płynu
I nie przebijem oka przez zbyt czarne chmury.

Lecz jeżeli osłabła nasza dłoń — to jeszcze
Serce nasze nie zwiędło — myśli nie zamarły —
I mamy wielkich pragnień mimowolne dreszcze
I wielkie marzym boje w naszych snach, choć karły!

Straszliwa żądza cudów piersi nam rozdziera:
Widujem białe orły na chmurach czerwonych —
I krzykiem zmartwychwstania brzmi nam atmosfera
I słyszym dźwięczne echa od kos wyostrzonych.

I w urojeniach naszych błyskają sztylety
I widzim padających w krwi własnej kałuże
Tyranów, którzy dzisiaj bezkarnie — niestety!
Najczerwieńszej krwi naszej wylewają kruże.

Lecz, ach! rzadkie, dziecinne i bezużyteczne
Są tylko nasze czyny — kłamstwo i złudzenie
Działania! Bezpotomne — blade — bezskuteczne
Są dzieła twe, o biedne moje pokolenie!

Bo losem ci przypadła ta żałobna dola,
Żeby spoglądać w siebie i pochłaniać siebie;
I nerwy twe się chwieją, jak arfa Eola
I niewiara w sny własne wiecznie cię kolebie.

Lecz śnij — śnij coraz wyższe cudy — wyższej siły —
I niech twe sny wciąż głębiej, trwalej i wnikliwiej
Wcielają się w twe nerwy, w twoją krew i żyły;
Tą krwią niech się jutrzejsze pokolenie żywi.

Śnij, a synowie twoi przyjdą na tę ziemię
Z tymi snami już we krwi falach nieświadomej,
I będzie to potężne — działające plemię,
W którego sercu żyją utajone gromy.

Kasze sny o tych orłach, kosach i kindżałach
Staną się dla nieb siłą jakąś przyrodzoną,
O której się nie marzy w dziecinnych zapadach,
Lecz która bezustannie porusza nam łono.

Wahania naszej woli w nich się ukołyszą —
Bo to co w nas jest nasze — w nich będzie z za świata;
To, co w nas niepokojem, w nich stanie się ciszą,
A każdy zamiar będzie miał czyn, jako brata!

Tak się pokoleniami odmieniają role:
Gdzie ojcowie marzyli — działać będą syny —
Nam przyszło sądzić siebie i słabą mieć wolę,
Aby ci jako piorun spełniali swe czyny!

A. Lange.





FONTANNA“
(do szkicu St. Wyspiańskiego.)


Z mrocznych źródlisk w wilgotne porosłych wietrznice,
Z wiklin, z gąszczów, z przepaści — zwichrzona, skrzydlata
Wydziera się fontanna i w niebo ulata,
Spada z płaczem... i znów się pnie wyżej — w mgławice...

W jej włosach rozpuszczonych, w jej rąk załamaniu,
W jej rozpacznych i wilczo wydłużonych szczękach,
W jej półśnie i widziadłach, i wzlotach i jękach,
W jej wiecznem, rozmodlonem, konającem łkaniu —

Jest rozpacz beznadziejna, bez wyjściowa, dzika,
Jest szaleństwo znużenia i głód samej siebie —
Niepoznanej, a żywej — rozkochanej w niebie,

Którą otchłań wypiętrza i otchłań połyka
Bezpowrotnie... i znowu w nowych kształtach tryska,
I drga wiecznie i kona i gaśnie i błyska...

Stanisław Pieńkowski.





Na śmierć Kornela Ujejskiego.
(Pieśń żałobna).

Jezus Marya!... dzwon za dzwonem znowu huczy, grzmi,
Uszy pełue owych dzwonów, aż się w głowie ćmi,
Czy głąb’ ziemi się otwarła i wyszły z tej ziemi
Wszystkie miasta zatopione z dzwonami swojemi?

Ziemio! ziemio! czy twą pieśnią tylko dzwonów pieśń?...
Czy miejsc innych niemasz, matko! nad tę grobów cieśń?...
Żadneż dźwięki w słuch nie wpadną, żadne inne tony,
Tylko pieśni pogrzebowe, tylko dzwony — dzwony?!

Tak niedawno jak nas strwożył podwawelski dzwon:
Zszedł w mogiłę pieśniarz jeden — dzisiaj nowy zgon!
W groby idzie gwardya stara, może z męką w duszy,
Że już arfy Dawidowej żadna dłoń nie ruszy.


Nigdy jeszcze wóz żałobny nie zolbrzymiał tak,
Nigdy jeszcze tak nie czerniał wielki krzyża znak,
W wieczność poszedł mąż natchniony z tej drużyny bratniej,
Której pierwszy pokłon — Bogu, grobom był — ostatni!...

Czuję dreszcze i pot krwawy, wodzę błędny wzrok,
Twarz mi blednie, czoło blednie i omdlewa krok,
Słuch wytężam... Cisza senna wzdłuż krainy Lecha,
Tyle grzmiało pieśni wielkich — dziw żadnego echa!...

Drzemią pola Maratonu, pełne ciszy, snu,
Dzisiaj żadnej pieśni gończej nie zabraknie tchu...
Jęki dzwonów się kołyszą na powietrza lali,
Płyną w ciszę... giną w pustce — Sardes się nie pali!

Nie żal Ciebie mi, Pieśniarzu! choć porzucasz nas,
Nie żal Ciebie, że odchodzisz — w sam odchodzisz czas!...
Na wezgłowiu z laurów spoczniesz w swych praojców grobie,
Wizje złote, mary złote, będą śnić się Tobie.

W sam czas, w sam czas pieśni Twojej zatrzymał się dech,
Chciałbyś arfy swej pieśń słyszeć — nie schwyciłbyś ech —
Po przeżytych dniach dzisiejszych — po minionych dobach,
Precz — precz od nas, dusze wielkie!... lepiej, lepiej w grobach!!...

Kazimierz Gliński.





STEFAN MALLARMÉ.


HERODYADA.

Tak, dla siebie jedynie kwitnę ja samotna!
Wy o tem, nieba jasne wiecie ametysty,
Ogrody rozpłynione w otchłani przeczystej!
Klejnoty, które świateł pierwotnych strzeżecie
Pod chmurnym snem — w odwiecznym, niewiadomym świecie!
Kamienie, skąd me oczy ku świetlanej chwale —
Pożyczają swych ogni promiennych! Metale,
Co nadajecie splotom młodych mych warkoczy
Fatalny czar — i kształt ich przedziwny, uroczy —
A ty, niewiasto — w wiekach złośliwych zrodzona,
Tajemnic sybilińskich jaskiń wyuczona,
Co mówisz o śmiertelnym, przed którego wzrokiem
Pochylą się me oczy i zajdą obłokiem
I przed którym z kielichów mej przeczystej szaty
Okrutnemi rozkoszy słodkiej aromaty —
Wypłynie dreszcz nagości mojej śnieżnobiały —
Prorokuj, że, gdy letnich lazurów krzyształy
(Ha, mam-że z przyrodzenia stanąć odsłonięta)
Ujrzą mię — w drżącym wstydzie gwiazdy — wniebowzięta
Ja umrę...
Kocham grozę dziewictwa — i życzę
Trwać w grozie tej, co dają me włosy dziewicze,
By wieczór — skryta w łożu — jako nieskalana
Żmija — czuć w ciała treści swej bezużytecznej
Zimne miganie bladej twej jasności mlecznej,

Ty, która mrzesz i gorzesz jasnością swej mocy,
Biała, okrutna, śnieżna, lodowata nocy!
A twa siostra samotna, siostra ma wieczysta,
Marzenie me, ku tobie pójdzie. Tak przejrzysta
Potęga serca mego, które o tem roi!
Samotnam ja w ojczyźnie jednostajnej mojej,
A wszystko wokoło mnie w bałwochwalstwie żyje
Czci zwierciadło, co w sennem swojem szkle odbije
Herodyadę — o jasnem z dyamentów oku!
Czar najwyższy! Samotna jestem pośród tłoku.


NIAŃKA.

A więc pani chce umrzeć?


HERODYADA.

Nie, babuniu droga —
Uspokój się i przebacz, że ma dusza sroga,
Lecz nim wyjdziesz — proszę cię — zamknij okiennice —
W szybach lśnię seraficzne lazuru źrenice,
A ja go nienawidzę — lazuru! Głębiny
Fal toczą się, a tamże nieznasz-li krainy,
Gdzieby na zdradnym, chmurnym nie lśnił niebo-salonie
Wzrok Cyprydy, co wieczór w gąszczu leśnym płonie:
Chcę tam ujść... Zapal jeszcze (dziecinne to troski,
Powiadasz?) te pochodnie, w których płaczą woski
Jakimś nie swoim płaczem — pośród złota pychy!


NIAŃKA.

A teraz?


HERODYADA.

Żegnaj.
....Ha, wy kłamiecie kielichy
Nagie mych warg. Ja czekam niewiadomej rzeczy,
Okrzyków, w których dusza sama sobie przeczy
I rzuca w świat najwyższe łkanie, umęczone
Oczekiwaniem cudu, przeczute, wyśnione,
W którem nakoniec strąca lodową osłonę!

Przeł. A. Lange.





LEW MIERZEJEWSKI.



EVOË VITA!

I.

Co to jest życie? Otchłań rozkoszy.
Wieczny żar ognia, róż słodka woń,
Pieśń upojenia, której nie płoszy
Cień ani rozdźwięk, morze rozkoszy,
W przestrzeń wznoszące wód swoich toń.

Co to jest życie? Niebo wśród słońca
Złotem i srebrem płynne jak stal.
Dreszcz zachwycenia, który bez końca
Gwiazd łańcuchami płonąc nad słońca,
Serca podnosi wirem swych fal.

Co to jest życie? Kwiatów muzyka,
Dźwięków girlanda, gwiazd cenny sznur,
Deszcz pocałunków, który zamyka
Usta kochanków, zmysłów muzyka,
Orzeł, co skrzydła z złotych wziął piór.

Co to jest życie? Senność upojeń
Cudem gasząca znany już cud,
Słońce, co złotą chwałę ukojeń
Budząc z omdlenia gromem upojeń
Nie zna zachodu, chociaż ma wschód.

Co to jest życie? Lutnia płomienna,
Żądzą napięcia drżący wciąż łuk,
Kwiatów — opali waza bezdenna,
Świątyń wspaniałość łuną płomienna,
W której wieczyście tai sie Bóg!


II.

Czem jest Mi życie? Szumem lwich skrzydeł,
Który potęgę daje mym snom;
Koniem, co zbywszy uzd i wędzideł,
Z boków wyniosłych blaskiem lśniąc skrzydeł,
Leci przez gromy, sam jako grom.

W niebo podnosząc złote kopyta
Deszczem brylantów w grud bije wał;
Ziemia tententem jęczy i zgrzyta:
W przestrzeń lecimy, gdzie mu kopyta
Spoczną wśród słońca, ognia i strzał.

Żar mię oświetli wschodem purpury,
Oczom zdumionych dając mą krew;
Pierś, w której dziś już dźwięczą marmury,
Wówczas, okryta wichrem purpury,
Serce pokaże, w którem śpi lew!

Sława, za tronem mojej potęgi
Stojąc, rozbudzi śpiże swych surm;
Palce położę w kartach jej księgi
Ślubem, iż mocą własnej potęgi
W bramy niebieskie pójdę na szturm!


Wówczas na gwiazdach bladych w oddali,
Szarfach, wiążących mleczny krąg stref,
Łuna się krwawa nagle rozpali,
Bowiem rażony gromem z oddali
Grzywę podnosząc, zbudzi się lew!





Modlitwa do Intuicyi

(ze Szri-Szankara-Aczaryi[1]).

W twoje ręce się cały oddaję, o druhu
Udręczonego świata, rzeko wszechzrzeczenia!
Podnieś mnie twojem światłem z przepaści istnienia,
Ty — boskie źródło prawdy i miłości duchu...

Oto w płomieniach Życia bez nadziei płonę,
I rwą mnie bezlitośnie walk i nieszczęść wichry...
O — zbaw ty mnie od śmierci, każ, aby ucichły —
Ukój zbolałe serce — Panie! Daj ochronę...

Jak mi przepłynąć bytu rozszalałe bezdnie?...
Gdzie leży droga prawdy?... O — ukaż mi Panie!
Nad głową mi noc czarna zawisła bezgwiezdnie,

Wokół dyszą podmorskie, potworne otchłanie —
Nie wiem... Nie wiem! O wybaw, Panie i przygarnij,
Od ran bolesnych zbaw mnie, od życia męczarni!...

Stanisław Pieńkowski.





ALBATROS.

Jak potępieniec, przywalony górą,
Ocean wyje i w mękach się ciska,
Na pierś mu legły ogromne chmurzyska —
On siny, krwawy błyskawic purpurą
Z wrogiem się chwycił — i zlał w jedno ciało:
Pioruny biły, a morze kąsało.

W dali coś świeci — jak żagiel bieleje,
Dwa skrzydła mocne pasują się z burzą —
Leci albatros w gromy i zawieje,
Te ryczą, świszczą i zgubę mu wróżą.
Lot ptaka cięży, wolnieje wciąż w biegu,
Już mokrą pianą nań ocean dysze —
Niema gdzie spocząć! niema nigdzie brzegu!
Ha, dojrzał skały — doleciał w zacisze...

Burza minęła. Palmy się kołyszą,
A złote gwiazdy w głębinach migocą:
Niebo i morze, ukojone ciszą
Tulą się senne... Wtem skrzydła trzepocą,
Albatros leci — szumią za nim prądy,
Nowe go wichry ciągną, nowe lądy.

T. Miciński.










SEWER.



ROMANS WIKTY.

NOWELA.

Po równym jak stół, zdawało się gliną wytopionym gościńcu, mknął cicho powóz, ciągniony precz dwa rosłe konie. Mijał zielenią umajone wierzby i stare chaty. Białe główki dzieci, w białych rozpiętych koszulinach wyglądały z za płotów, rozszerzając ciekawie szaro-niebieskie oczy. Zdziwienie i ciekawość dzieci obejmowały dwie strojne kobiety i siedzący na przodzie młodzieniec.
Wśród krzaków bzu i koraliny zrobił się świetlany otwór, a w nim, jak gdyby kwiat tych drzew, ukazała się główka. Na złote jej włosy padało słońce, usta rozchylone jak w kielichu róży, twarzyczka zapłoniona rozkoszą, oczy szeroko rozwarte — niebo z nich patrzało, niebo niebieskie, głębokie...
Powóz cicho posuwał się drogą, mknąc na krzaki bzu i koraliny. Dziewczę zaparło oddech, oczy zamrużyło. Zobaczyła go, był piękny, jak królewicz z bajki, a może jeszcze piękniejszy od niego. Powóz pognał daleko, dziewczę westchnęło, piersi jej wznosiły się i wolno spadały. W tym spadku była głębia smutku i rozrzewnienia. Stała zamyślona, zasłuchana, łowiąc uchem konające szmery lecącego powozu. Raptownie budząca się myśl, jak dotknięcie iskry elektrycznej, wstrząsnęła ją — wpadła do izby, otworzyła skrzynkę, wyjęła lusterko, spojrzała i westchnęła.
— Mam ci ja i ślepia bławaty i usta korale i zęby śniegu i nosek cienki i szyję bielutką — i bielsze... nie powiedziała, bo ją schwyciło za serce i oniemiło. — i cóż mi, że mam, kiej królewicz mój ani to widzi, ani na to patrzy, ani tego chce!... Cóż jemu, Boże, biedna dziewczyna, co ino umie uganiać po błoniu, sierpem rżnąć i w kościele się modlić. Ani ja do niego zagadać, ani ja do niego uśmiechnąć się i spojrzeć. A jeżeli patrzę, to ukradkiem i z daleka. I cóż mi sierocie z tej dalekości przyjdzie ?...
Ręce zaplotła i zarzuciła za siebie, oczy wpatrzyła w niebieskie niebo, rzeźbione w srebrne, przezroczyste chmurki, i stała tak w białej koszulinie, czerwonej spódnicy, bosa... Koszulina rozpięła się na szyi, po promieniach słońca drgało życiem i utajoną rozkoszą białe ciało o różowej za skórą krwi, wydobywanej ciepłem słońca. Zamyślona patrzała w niebo, srebrne chmurki rozpływały się wolno w niebieskiem przeźroczu.
— I moja dusza tak się rozpłynie w kochaniu, jak te chmurki na niebie. I nie zostanie ze mnie nic, ciało w ziemi, a kochanie w niebie. Skąd przyszło, tam i poleci...
Zabrzęczało na szybie, dziewczyna drgnęła.
— Wiktuś, już czas na sumę — dał się słyszeć głos chłopaka z za okna.
— Nie właź do chałupy — zawołała dziopa — sama jestem...
— Co mam włazić, siędę na przyzbie i zaczekam.
— Czego?...
— Pójdziemy razem do kościoła.
— Sama trafię!...
— Wiem o tem, ale ja nie trafię, zaprowadzisz mnie, ino się spiesz, już dzwonią.
— Leć sam, nie pójdę z tobą.
Chłopak nic nie odpowiedział, siadł na ławie przy oknie, wydobył z kieszeni kapciuch, nałożył fajeczkę, zapalił, i ciągnąc powoli dymek, patrzał, jak słońce wypija srebrne chmurki na niebie...
Świąteczna cisza panowała w wiosce, cisza skwarnego południa. Listki koraliny stały nieruchome, żar panował — zdawało się, że było jedno słońce na niebie i jedna ziemia na świecie, obejmujące się w gorącym pocałunku.
Jędrzej wyciągnął nogi, głowę ukrył w cieniu, padającym z okapu chałupy. Granatowy kontusik rozpiął, białe rękawy koszuli pociągnął i czekał. Cierpliwość była jego siłą, nią wojował i z nią szedł przez życie. Cierpliwość była jego cnotą, chociaż czarne mu ślepia świeciły, a z poza koszuli rysowały się żelazne muszkuły rąk. Mówiono, że Jędrek jest najsilniejszy w całej wsi, lecz moc kryje w sobie, woli ustąpić, jak ją pokazywać i dlatego ludzie się go nie boją i niewiele o nim trzymają, zwyczajnie jak ludzie, których uczy moresu pięść podniesiona w górę. Jędrek nie podnosi pięści, łagodny, spokojny i dobry, lubi zgodę i ciszę, w której się w tej chwili rozkoszował.
Spojrzał w okno i odsunął się — Wikta kładła chusteczkę na głowę. Drzwi zaskrzypiały, strojna jak malowanie, jak bławat z makiem w pszenicy, stanęła na ścieżce i rada z siebie, z swej piękności, czując, jak wielkie robi na chłopaku wrażenie, zaśmiała się...
— Czemu nie idziesz sam? — odezwała się, ściągając brwi.
Jędrek się zerwał, poprawił żupanika i odpowiedział:
— Aleś się stroiła, no i wystroiła.
— Ale nie do ciebie.
— Wiem, ale i ja mam ślepia, wolno mi patrzeć i lubować się.
— Lubuj się koraliną, a nie mną.
— Lubuję się całem światem, a że i ty Wiktuś na nim żyjesz, lubuję się i tobą, gdy stajesz jako kwiat strojna! Zabaczyłaś se książki od nabożeństwa, a ludzie powiedzieliby, żeś czytać zapomniała...
— Bez ciebie — zawołała Wikta i wpadła do izby.
Poszli — Wikta naprzód, Jędrek za nią. Biała chustka w szkarłatne, wielkie róże okrywała ramiona dziewczyny. Z poza rzuconej na głowie chusteczki świeciły oczy błękitne i usta rozkoszą wezbrane. Prostym noskiem łapała gorące powietrze i wyprostowana jak topola, szła żywo, raźnie, że aż się dusza Jędrka do niej rwała. Patrzał za nią i powtarzał w duchu:
— Moja! nie dziś, to jutro, ale zawdy moja! Nie oddam jej nikomu, choćby to był sam dyabeł z piekła, abo pa — nicz...
Zawrzało w nim. »Panicz!« — dłoń zacisnął, serce mu tak zaczęło bić, że zaciśniętą rękę położył na sercu.
— Panicz! Boże ulituj się nade mną i nad nim!...
Wikta się odwróciła.
— Jeszcze nie dzwonią na podniesienie, a ty już pięścią tłuczesz piersi — zawołała.
— Ze strachu, bo mnie złe myśli opętały, prosiłem Pana Boga, żeby odleciały.
— Jakie?...
— Ty wiesz jakie!...
Wikta zamilkła, przyspieszając kroku. I jej serce zaczęło bić gwałtownie, strach tamował oddech. Zna ona te myśli, tylko nie wiedziała o ich wielkiej złości, a teraz bała się okrutnie.
Na krzyżowych drogach spotkały ją rówieśnice, otoczyły, śmiały się do niej. I ona się śmiała — chociaż jej serce dygotało ze strachu.
— Jędruś cię nie opuszcza, zawdy z tobą — mówiły z żalem i odcieniem zazdrości.
— A łazi ci za mną jak ten pies, że go nie odgonisz...
— Ej Wiktuś, nie obrażaj Pana Boga; chłopak samowity, mocny jak żelazo, gruntowy, wlubił się w ciebie.
— A ja go nie chcę! — zawołała tak głośno, żeby Jędrek usłyszał — i cóż mi zrobi?!
— A cóżbym ci robił — odpowiedział Jędrek. — Tobie nic.
— To komu? — spytała żywo przystając.
— A komużby? nikomu, moja przepióreczko; niema winnych, ino winne twoje serce i moje głupie, bo nie powinno mnie pchać, żebym lazł za tobą.
Odwrócił się i odszedł.
Dziewczęta w śmiech.
— Widzisz Wiktuś, straciłaś chłopaka.
— Wróci, nim się suma skończy — zawołała wesoła Franka.
— Nie, nie wróci — odparła mądra Maryna. — Znam ja go, jak raz odejdzie, żadna go siła nic przyciągnie.
Wikta z zaciśniętemi ustami patrzała za odchodzącym, zła za despekt, jaki jej wyrządził. Rada była dogonić go i sprać, lecz się wstydziła rówieśnic, wyśmiałyby ją.
— Niech leci i niech mnie nie nudzi; przylepił się do mnie jak oset, że go odciągnąć nie mogę.
Odwróciła się i poszła, lecz chmurna i milcząca, na wesołość i żarty towarzyszek nie odpowiadała.
— Czy wróci?... — pytała się siebie. — Żeby mi ino przeszkadzał, żeby mi dokuczał i naśladował mnie; a niech se idzie na cztery wiatry i da mi święty spokój.
Mimo to była zła, niespokojna, zadumana.
— Poszedł i ani się nie odwrócił. Gdyby tak na mnie padło, obejrzałabym się przecie...
— Wikciu, markotno ci? — zaśmiała się Maryś.
— Mnie markotno? o kogo? Zła jestem, żem się spóźniła do kościoła.
— No, no, znamy się na tem — rzekła Kasia.
— To się znajcie, kiej się wam podoba. Wy wiecie jedno, ja drugie.
— My wiemy tylo, że Jędruś nie wróci, zacięta z niego sztuka!... Wiktuś, przekonasz się.
Dziewczynę drażniły przepowiednie towarzyszek; przyspieszyła kroku, aby się od nich uwolnić i przybiedz do kościoła. Tam ją czeka rozkosz. Na jej wspomnienie serce dziewczyny rozkosznie się ściskało. Wbiegła szybko po kamiennych schodach i stanęła u wejścia na cmentarz...
Drewniany kościółek otaczały stare lipy szumiące, wśród nich białe nagrobki odcinały się od zielonej murawy. Kobiety i dzieci otaczały ciemny drewniany kościółek, strojąc go we wzorzyste kwiaty swych szkarłatnych chustek. Z poza ścian kościoła, przedostawały się tony organów, poważnie jęczące. Uroczystość panowała przy cichym akompaniamencie szumu w górze lip.
— Przepadło — szepnęła Wikta — nie dostaniemy się do środka.
— Musimy! ludzie nas puszczą gwoli feretronów.
Maryna, jako najstarsza, wysunęła się pierwsza, za nią szły drugie sznurkiem. Kobiety, zobaczywszy dziewczęta od feretronów, usuwały się im, robiąc drogę.
W kościele tłok był wielki, nabożeństwo wspaniałe, ludu moc. Dwóch księży przed wielkim ołtarzem w złocistych ornatach, jarzące świece, chłopcy w białych komżach, dym kadzideł, płynący w górę, a po obu stronach wielkiego ołtarza w ławkach, pomalowanych na czerwono, siedziało państwo. Wikta podniosła wzrok i zobaczyła promienie oczu panicza, lecące ku niej. Zadrżała z radości i strachu, uklękła, pochyliła głowę, aby się skryć wśród tłumów... Prostowała się powoli, rzucając wzrok na czerwoną ławkę. Panicz szeptał do panienki i oboje razem spojrzeli na nią. Ciepła krew z serca popłynęła jej do głowy i okrasiła twarz. Czuła rumieńce, wargi drżały utajoną prośbą, serce się rozpierało, rosło i biło gwałtownie.
Zadzwoniono na podniesienie; nowe kłęby kadzideł zasłoniły panicza; Wikta pochyliła się za drugimi — odetchnęła głęboko, zaczęła się modlić, sama nie wiedziała o co: o śmierć szczęśliwą, choć zdrowie z niej tryskało; o miłosierdzie, choć szczęście ją rozpierało. Nie wiedziała, o co, ale się modliła gorąco, i to jej robiło ulgę, rozrzewniało ją, przywracało spokój, porządkując myśli.
Dano znak do procesyi. Chorągwie stanęły na środku, dziewczęta skinęły na Wiktę, ujęły drążki feretronu z Najświętszą Panienką i stanęły przed baldachimem... Dzwonki dały znak, ksiądz uniósł w górę Przenajświętszy Sakrament, ludzie padli na kolana, popłynęła pieśń:

Przed tak wielkim Sakramentem
Upadamy na twarze...

i z nią chorągwie, feretrony i lud wysypali się na cmentarz. Pod baldachimem, kapiącym od czerwieni i złota, szedł proboszcz z monstrancyą. Wikta z towarzyszkami, niosącemi Najświętszą Panienkę, tuż przed księdzem. Przy zakrystyi panicz zbliżył się do celebranta, podtrzymując mu rękę, niosącą monstrancyę; panie otoczyły baldachim. Pochód posuwał się wolno wśród salw moździerzy i bicia dzwonów. Śpiew ludu płynął w górę, łączył się z szumem lip w dziwną harmonie. Zdawało się, że ludzie i drzewa jednocześnie wznoszą hymn Panu. Na środku cmentarza feretrony i chorągwie zwróciły się ku baldachimowi, lud klęknął, ksiądz błogosławił na cztery strony świata.
Wikcie się zdawało, że klęczy przed paniczem, czuła wzrok jego na swej twarzy, zahypnotyzowana...
— Wikta! — szepnęły towarzyszki.
Powstała, i nie śmiejąc spojrzeć, poszła za drugiemi.
Słońce świeciło, bęben bił, dzwony kołysały powietrze, lipy w górze szumiały, lud śpiewał, fala jego z kapiącym od złota baldachimem w środku, płynęła, różnobarwne chorągwie powiewały cicho i majestatycznie...
Powoli cała masa wtłoczyła się do kościoła, Sakrament ustawiono na ołtarzu, lud zaśpiewał:

Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny,
Zmiłuj się nad nami...

i nabożeństwo skończone.
Zaroiło się na placu poza cmentarzem i rozweseliło. Wikta w gronie rówieśniczek stanęła na schodach u wyjścia...
Jednocześnie zajechał powóz i stanął. Najstarsza z pań przywołała Wiktę giestem i uśmiechem, panicz siedział na przodzie.
Na dziewczynę buchnęły ognie, drżała, nogi się pod nią uginały, kroku zrobić nic mogła.
— Pani cię woła — szepnęły do Wikty dziewczęta.
Maryna ujęła ją za rękę i podprowadziła.
— Jak ci na imię? — spytała pani.
— Wikta — odpowiedziała cichutko.
Panicz wlepiał w nią swe czarne ślepia i uśmiechał się tak jakoś ciepło, że uśmiech jego wrażał się w głębię jej serca — bladła.
— Wikciu, a wiesz ty, że jesteś śliczna — zawołała panienka.
Wikta spuściła oczy milcząc.
— Szkoda, że nie jestem malarzem — szepnął panicz.
— Wymalowałbyś ją wśród kłosów pszenicy i czerwonych maków, stojącą z sierpem w ręku, w koszulinie i niebieskim gorsecie. Żar słońca pali, mocne cienie, natura omdlewa.
Wikta spojrzała na panicza i znowu zapłoniona, oczy przysłoniła powiekami. Ślepia swe urażał w nią i tak się jakoś czulił, że aż jej serce drżało.
— Ależ to prawdziwy typ wiejskiej piękności. Szkoda, że ja nie umiem tyle, aby się porwać na takie dzieło...
— Wikciu, jeszcze raz spojrzyj — szeptał panicz.
Lecz Wikta, drżąc z rozkosznego strachu, nie spojrzała.
— Muszę napisać do Władzia, aby przyjechał z płótnem i farbami — to jego rodzaj! On jeden da radę temu zjawisku, on jeden — szczebiotała panienka.
— Moja Wikciu, może nas odwiedzisz we dworze — dodała zwracając się do dziewczęcia. — Przyjdź, bardzo cię proszę.
— Kiej niewiem wkiedy — odparła Wikta cichutko.
— Kiedy chcesz, choćby dziś przed wieczorem.
— Dziś wieczorem — pochwycił panicz.
— Do widzenia — powiedziała starsza pani i skinęła na woźnicę.
Konie ruszyły i niecierpliwie pomknęły jak wiatr, Wiktę otoczyły dziewczęta. Stała zapatrzona, oszołomiona.
— Zaprosiły cię panie do dworu? Pójdziesz?... I cóż tam będziesz robić?...
— A gadajże Wikta — zawołała Maryna.
— Dajcie mi pokój — odpowiedziało dziewczę i zamyślone, rozkosznie smutne wysunęło się naprzód.
— Wikta we dworze napije się kawy z cukrem, naje białych ciast i popsuje sobie smak, że potem nie spojrzy na czarny chleb, a od maślanki głowę odwróci — mówiły do siebie gospodynie.
Wikta szła żywo otoczona rówieśnicami.
Z za węgła dzwonnicy przez sztachety cmentarza patrzał za nią Jędrek ciekawie i smutno. Widział jak stała przed powozem i rozmawiała z państwem...
— Pewno musiała w kościele tak okrutnie zawracać ślepiami na panicza, że aż ją zaczepił... — Ściągnął pięść i wstydząc się, schował ją w kieszeń żupanika.
— A niechtam — rzekł z rezygnacyą — niech robi, co chce, noga moja nie przestąpi progu jej chałupy, a ślepia moje nie popatrzą na nią — nigdy!
Wyraz »nigdy« rozluźnił w nim gniew i zawziętość, zaciśnięta pięść zwolniała, dłoń się wyprostowała, pochylił się, głowę opuścił, nogi wolno ciągnąc za sobą — posmutniał.
— Nigdy — powtórzył — nigdy! I cóż mi po niej, kiej nie moja, kiej ją nic do mnie nie ciągnie, obca, ja nie dla niej, ona nie dla mnie.... I za cóż to mam ją śledzić, naśladować i nadwyrężać, za co?... Kiej ona nie chce i odwraca się odemnie. Niech leci do panicza, jak ćma do świecy, nie będę jej odganiał, bo i po co? I co mi z tego? Nie moja, nic w niej, coby ku mnie ją ciągnęło. Nic, nic — powtarzał smutno — a przecie jaby jej utoczył serdecznej krwi, gdyby ino zechciała!...
— Gdyby ino zechciała! Ale ona chce ino panicza. Panicza jej się zachciewa i pośmiewiska ludzkiego.
— Zagotowało się w nim, wyprostował się, nozdrza rozszerzył, przez nie wciągał wolno powietrze i oglądał się drżąc z gniewu.
— Nie ma ratunku — szeptał — bo gdyby był tobym go znalazł. Zdrowaś Maryja — szeptał dzwoniąc zębami z wzrastającą wściekłością — dziej się wola... udusić go.. Twoja Panie! I cóż mi przyjdzie? dziopa się za nim rozlamentuje... łaskiś pełna... a mnie zpomstuje na wieki... Pan z Tobą... zakują... Błogosławionaś Ty... i wezmą... między niewiastami... dziopa oszaleje z boleści za tamtym...
Przystanął, zdjął kapelusz, pot rękawem koszuli obcierał i oddychał wolno, a długo. Siła w nim wrzała, krew się burzyła, a nie widział dla nich żadnego upustu, żadnego ujścia — i to go męczyło. Przed nikim poskarżyć się nie mógł, wstyd go palił, a zazdrość i żal w głębi serca żarły.
— Ani się nie utopię, ani się nie zabiję... A choćby — dokończył cicho — to na to wszystko mam czas.
Ostatnia myśl uspokoiła go, poszedł wolno do domu sam jeden, nikogo na gościńcu nie było. Słońce, długi, żółty gościniec, ginący w zieleni i jasne, wielkie, puste błonia przecięte rzeczką o srebrem świecącej się wodzie.
— Sam na Bożym świecie sierota i ona, jedyna moja, — a nie moja i moją nie będzie. A bez co, Najświętsza Panienko, bez co — i la czego jej nic ratujesz?...
Rozczulił się, łzy otarł rękawem i zawstydzony niemi, pognał prosto do chałupy.
Słońce się zniżyło, od zachodu jęknął wiatr i wary rozganiał, białe chmurki wyskakiwały z błękitnego przeźrocza i skupiały, jak gdyby się witały z dalekiej podróży.
Wikta w świątecznym gorsecie i białej, cienkiej koszuli o haftowanej kryzie u szyi, w chusteczce na głowie, wysunęła się z izby, obejrzała się do koła, zagłębiając wzrok w niebieskie sklepienie zawieszone nad ziemią. Miała wzrok sokoli — oczy wypatrywała — nikogo. Białe chaty, zieleń pod nogami, żółty gościniec, drzewa, w górze słońce, białe chmurki na niebie — i ona jedna.
— Sama, jednuśka na Bożym świecie — szeptała. — Nikogo wele mnie. Jędrek się odczepił... I dobrze się stało... Dobrze się stało — powtórzyła głośno, aby zdusić gniew i żal rodzący się w jej sercu. — Dobrze i nie żałuję tego! Gdzie on teraz może być?... Może z chłopakami w karczmie? A może u Maryny siedzi?
Zakłuło ją pod żebrem, że aż się zatoczyła, lecz wstydząc się samej siebie na złość się rozśmiała.
— A niech siedzi, a mnie da święty spokój!... Terazem ci swobodna jak ten ptak, mogę lecieć gdzie mi się podoba i polecę, choćby na kraj świata...
— Nie na kraj a do dworu, do mego królewicza, napaść ślepia jego widokiem, nacieszyć głosem, wesołością, dobrocią i wszystkiem, co w nim jest.
Poszła żywo w stronę dworu.

— Królewicz mój i tyle mego szczęścia, co się na niego napatrzę i nasłucham jego głosu. Panienka powiedziała, że jestem w sam raz udatna do malowania, jak tylko ten malarz, pono Głodzio się zwie, z Krakowa przyjedzie. Wtedy będę siadywać we dworze i ślepia paść i uszy paść i serce paść i kto mi zabroni?... Jędrek? — a jemu do mnie zasie. Ma mądrą Marynę, niech słucha jej mądrości i wpatruje się w nią od wschodu do zachodu słońca.
Murowany dwór o czerwonym dachu, z obszerną werandą, stał w głębi parku. Na straży jego, z jednej strony ciemne, zasłuchane w wieczność świerki, z drugiej białe, wesołe o długich warkoczach brzozy, pozwalające wietrzykowi bawić się niemi i szumieć. Przed dworem okrągłe gazony pełne róż, a wśród nich portulaki wiły się po ziemi wabiąc jasnemi barwami...
Dziewczyna stanęła w gromadzie bzów, patrzyła na ich smętną wesołość i słuchała muzyki wiatru grającego na ich warkoczach. Dwór stał jak zaklęty, drzwi pozamykane, dokoła żywej duszy jakaś mroźna pustka wiała, a długie cienie czarnych świerków, kładły się na żółte jego ściany i czerwoność dachu.
— Rety, jak tu smutno, szeptała, jak tu strasznie, widzi się, że pałac zaczarowany. Jakże tam pójść, gdzie zapukać, do kogo. A jeźli sam panicz otworzy i wciągnie mnie do swej izby?... Zadygotała ze strachu, płomienie buchnęły jej na twarz, a krew do głowy, że aż się jej w mózgu zakotłowało.
Jak tu ludzie wyżyć mogą? Jak wyżyje mój królewicz?!... A może on zaczarowany, to mu dobrze, ale mnie?... Wstrząsnęło ją, wodziła wzrokiem po parku, gubiąc się w jego ogromie.
— Tu jak w lesie, tylo że w lesie milej, choć tutaj i róże kwitną i wszelakie kwiatuszki tułają się po ziemi. Tu smutno, że się duszy płakać chce, a zdaje się, jakby tu śmierć wygnała wszelaką wesołość...
Cofała się w głąb brzóz wystraszona.
Otworzyły się drzwi pałacu, na werandę wyszedł panicz, zbliżył się do balustrady, przyłożył dłoń do czoła i patrzał.
Wikta cofała się, ustępując za białe brzozy.
— Za nic nie pójdę tam, za nic — szeptała — ze wstydu, wolę się zapaść pod ziemię.
Panicz stał w jednem miejscu i patrzał z przyłożoną dłonią do czoła. Dziewczę przytulone do brzozy czekało. Panicz zbiegł ze schodów werandy. Wikta wystraszona pocichu wymknęła się z zagajnika brzóz i całym pędem uciekała. Strach i wstyd gnały ją. Dopadła do olszyny na rozłogach, stanęła zdyszana i odwróciła się.
Dwór zakryły drzewa, panicza nie było widać. Zdawało się dziewczynie, że wśród świerków zamajaczał granatowy kontusik i białe rękawy, lecz się jej tak zdawało, bo raz tylko mignęło i znikło.
— Głowę mam nabitą Jędrkiem i ślepia mnie oszukują, szeptała. Cóż teraz pocznę?... Do dworu za nic nie wrócę, na nieszpory zapóźno. Dlaczegóżeś uciekała? Trza było iść — nie zjadłby cię! A jakby cię chciał całować?... Nie dałabym się. Albo to nie ma tyle mocy we mnie, żeby się nie dać?!... Musi ci też całować ogniście i mięciuśko i słodko jak miód, że od tego całowania duszę zatracić można i paść. Na samą myśl strach łapie mnie za gardło, że oddechu złapać nie mogę... A czegóżeś głupia uciekała?... Ze wstydu i już la tegom uciekała. A pocoś tam lazła?... I terazbym poszła, gdyby nie panicz, a panienka wyszła. Wychyliłabym się z za drzew, ujrzałaby mnie i przywołała do siebie. Przy panience mogłabym i ja ślepia swoje w niego wrażać i nieby mi nie zrobił. Ale jak rękę do oczu przyłożył i patrzał niby sep na gołębia — nie było rady, uciekłam.

Szła powoli do chałupy — słońce pochyliło się, kładąc róż na białe chmurki, zachodni wietrzyk szeleściał w olszynie, żółty gościeniec, zielone błonia i białe ściany chat o szarych dachach, przyparte do starych grusz i lip wesołych, patrzały na nią. Śmiechy na błoniu zgromadzonych dzieci, rwały ciszę i smutek rozlany w naturze. Wikta chciała biec do dzieci i zberezić z niemi, bawić się, żeby sobie panicza odsunąć z przed oczu i Jędrka, co jej zaglądał do myśli i pamięci. Chciała lecieć, a nie śmiała, przecie ona już nie dziopa, a śliczności do malowania dziewczyna. Rada była śmiać się i dokazywać, lecz ją jakiś smutek brał, że nie mogła... Zamyślona pochyliła głowę, ręce założyła za siebie, ciężko jej było na sercu, smutno w duszy, pusto dokoła. Stanęła przed drzwiami izby — zaparte! Matusi nie miała, ojciec pojechał na termin do Krakowa, dziewka pognała bydło, ona jedna sierota na bożym świecie.
Niedawniuśko przychodził Jędrek, grał na harmonii, przytupywał, śmiał sic, zęby szczerzył i świadczył — okrutnie świadczył. Przybiegały rówieśnice, dokazywały, ciągnęły chłopaka, a on tylko w nią wlepiał ślepia. A ona?... Na nią rzucono uroki, zobaczyła panicza i utonęła w nim. Utonęło jej serce i oczy, i myśli i pamięć i wszystko. Panicz stoi wciąż przed nią i uśmiecha się jak »kusy« zmieniony w królewicza! Oczy wypatruje za paniczem, myśli lecą za nim, serce drży do niego!... Jędrek odszedł i mówią, że nie wróci — nigdy. I ona nie pójdzie po niego — nigdy — nie zobaczy go — nigdy!... »Nigdy« — szumiało jej w uszach, świdrowało w sercu, stało przed oczyma jak strach. Zaczęła się bać tego »nigdy« okrutnie. Otworzyła drzwi, wpadła do izby, zalała się łzami, kryjąc głowę w poduszki. Czuła się bardzo nieszczęśliwą, opuszczoną przez wszystkich, przez cały świat.
— Zginąć mi, rzucić się do wody, spalić się na popiół, niech nic po mnie nie zostanie. Może panicz zapłacze, a Jędrek wtedy dopiero będzie sobie włosy rwał i żałował, że ją rzucił jak psa i uciekł od niej. Jędrkowi nie daruje, na złość chciałaby zejść z tego świata i pokazać, jak bez niej będzie mu smutno i ponuro, że sobie rady nie da i miejsca nie znajdzie.
Z rozpaczy snuła coraz czarniejsze obrazy, nareszcie zmęczona i wyczerpana — zasnęła. Zbudził ją głos Zośki, wołający do doju. Nie było rady, musiała się przebrać, wziąć skopiec, pójść do stajni i doić krowy. Było ich dwie, Zośka zagniatała zacierkę do mleka na wieczerze. Przy pracy rozpacz odleciała na błonia, zajrzała do dworu, a potem do chaty Maryny, gdzie Jędrek grał na harmonii, a dziewczęta śmiały się i tańczyły.

II.

Po świecie nastały dni pracy. Przy okopywaniu ziemniaków dobrze się trzeba przyłożyć, aby ziemie w około krzaka do głębi wzruszyć. Wikta wstała o świtaniu i z motyką zarzuconą przez ramię przebiegła wieś do ojcowych zagonów. Minęła chałupę Maryny, później Jędrka, lecz nikogo nie spotkała, prócz kilku kobiet, jak i ona idących do ziemniaków. Pogwara z niemi nie szła, dziewczyna oglądała się po za siebie, lecz napróżno — nikogo, jak okiem sięgnąć.
Śniadanie przyniósł jej ojciec i został z nią, dwojgu szło raźniej, robota uciekała... Na obiad wracali do domu i znowu było puściutko przed chałupą Jędrzeja.
— Czy się pod ziemię zapadł, utopił, uciekł ze wsi, zadawała sobie pytania... Bo że panicza nie widać, to poco by miał po takiem gorącu latać, kiej ma cień w swoim sadzie. Ale Jędrek, jego prawo pilnować gospodarstwa, siedzieć na roli! Ziemniaki jego nie tknięte motyką, nikt na nie nawet nie zajrzy. Gdzież Jędrek?... A może czeka, żebym ja swoje okopała, bo się nie chce ze mną spotkać i popatrzeć na mnie — czeka aż mu z drogi zejdę. Niech się nie boi, nie zaczepię go, — nawet nie powiem »Szczęść Boże«... i nie usłyszę od niego — »daj Panie Boże«... — Będę kopała swoje, jakby go w polu nie było. Co mi z niego — głupi, osioł jakiś.
Dziewczyna była zła, uniosła motykę, lecz wkrótce opuściła ją na ramię. Gniew w niej grał, bo Jędrek jakoś panicza z przed oczu jej zasłaniał.
Skończyło się okopywanie, kosiarze ładowali kosy, klepiąc je młotkami na babkach. Dziewczęta wyszukiwały grabi.
Kośba, rozkosz dla młodości! Kosy połyskują na słońcu, a wyciągnięci długim łańcuchem kosiarze, kładą świeże pokosy trawy. Słońce grzeje, skowronek wzlatuje w górę i przyśpiewuje robotnikom...
Ojciec Wikty miał dwie morgi gęstej i wysokiej koniczyny, że w nią kosy wrazić nie było można.
Wikta radziła wezwać do kosiarki Jędrka, jako najmocniejszego parobka we wsi.
— Jeźli on nie poradzi — mówiła — to nikt...
— Abo to przyjdzie — odparł ojciec — chłopaka odepchnęłaś i wyprzysiągł się, że już nigdy nie postanie na naszym zagonie.
I znowu to »nigdy« szarpnęło sercem dziewczyny, że aż ognie buchnęły jej na twarz. Aby ich nie pokazać ojcu, uciekła z izby. Na świeżem powietrzu odetchnęła i spojrzała głęboko w świat, jak gdyby oczami szukała ratunku.
— Kiej narobiłaś zamętu, to teraz szukaj na jutro dwóch kosiarzy, ja stanę trzeci!... A spiesz się, bo jak koniczyna stwardnieje, to jej i przez pięć dni nie damy rady.
Dziewczyna stanęła zamyślona.
— Jeszcześ tu?... A ruszysz się głupia...
Dziewczę, jakby popchnięte niewidzialną siłą, poleciało, zejść ojcu z oczu. Stanęła na drodze — myślała.
— I jakże ja mam szukać chłopów. Pójdę, powiem, a oni w śmiech. Gdzie Jędrek, zapytają. A jabym się wolała pod ziemię skryć, jak iść po Jędrka, zaczepiać go i pierwsza do niego zagadać.
Pod ziemię, powtórzyła zrozpaczona, pod ziemię. Ach, żeby to święta ziemia przyjęła i przykryła mnie i mój ból i mój wstyd i wszelakie męki, co mi gniotą serce!...
Święta ziemia zadudniała! Obejrzała się, stanęła jak wryta, zalękniona, że tchu złapać nie mogła. Gościńcem biegły na nią dwa wielkie konie. Na jednym siedziała bokiem młoda panna, na drugim panicz. Jechali razem. Panicz wrażał ślepia w młodą pannę.
Przejechali — Wikta miała tyle siły i przytomności, że się skłoniła, pochylając rękę ku ziemi, lecz panicz ani ją chciał widzieć, ani głową kiwnął — leciał z wrażonemi ślepiami w dziewczynę, za którą długi, niebieski welon furczał w powietrzu.
Polecieli — Wiktę porwała wściekłość. Podniosła grudę ziemi, cisnęła za nimi. Gruda spadła na ziemię — jeźdźcy byli daleko...
— Ja ci oddałam najpiękniejszego chłopaka we wsi, a tyś mi nawet łbem nie kiwnął, nie spojrzałeś na mnie!... Umyślnie ślepia wraziłeś w tę, żeby ino mnie nic zobaczyć, boś się mnie wstydził. Wstydziłeś się mnie, a przy siostrze i matce mówiłeś, żem malowanie. Wstydziłeś się mnie i spojrzałeś, gorzej jak na psa. Ja ci się kpie, powstydzę! Straciłam bez ciebie Jędrka, a ty się mnie wstydzisz! I gdybym w niedziele głupia do pałacu poszła i tam zczezła — tybyś mnie się dziś wstydził!...
Stanęła roztrzęsiona.
— Zabiłabym cię — krzyknęła, ręce jej drżały. Zabiła — powtórzyła głucho, rzucając w ciszę ten straszny wyraz. Bóg mnie chronił, odepchnął od pałacu, wróciłam, jaką byłam, wróciłam jako kwiat i kpię sobie z twego wstydu!... Kpię — kpię!
Zaśmiała się nerwowo i kopnęła w środek wsi. Leciała bez upamiętania.
Jędrek stal obok swej chałupy, oparty o wrotka opłotek...
— Niech będzie pochwalony...
Drgnęła — chciała biedź, nie mogła! Chwyciło ja i przybiło do miejsca...
— Na wieki — odparła, oblała się ponsem i oczy spuściła.
— Dobrze, że cię spotykam.
— Bez co — szepnęła.
— Chciałem się z tobą pożegnać.
— Jedziesz?
— Do Hameiyki. Brata osadzę na gruncie, zaciągnę dług i jazda. Świat szeroki, młodość się rwie do tej szeroczyzny!..
Stali onieśmieleni, zawstydzeni. Dziewczynie wargi drżały, chłopak pobladł i usta zacisnął. Stali, zdawało im się, że wieczność całą stoją, wzruszeni, nieszczęśliwi, a jednak szczęśliwi swem nieszczęściem. Pierwszy ustąpił chłopak.
— Wikta — szepnął.
— Cóż?
— Zostań z Bogiem.
Dziewczyna jak gdyby w lunatycznym śnie podeszła, chłopakowi nerwy rozsadzały przeczuciem szczęścia — serce...
— To weź mnie z sobą, szepnęła i nie mogąc utrzymać się na nogach, zaczęła się słaniać.
Pochwycił ją w ramiona.
— Ze mną?!...
— Z tobą na kraj świata!
— A po co jechać? — zawołał. I tu świat miły, kiej ty w nim, a ja przy tobie. Kiej tyś przy mnie moja!
— Twoja!
— Na życie i śmierć?
— Na życie i śmierć! Nie mogła dłużej wytrzymać, oparła głowę na jego piersiach i rozpłakała się.
Jędrek ustami zbierał z twarzy płynące łzy.
— Dzieciątko moje! a ja byłem taki dureń, żem se Bóg wie co myślał...
— I nie zajrzałeś, puściłeś mnie samiutką!
— Taki już ze mnie wół kalwaryjski!
— A wiesz, żem sierota bez matusi, bez siostry i brata. I nikogo już nie mam na świecie — prócz...
— Gadaj!
— Prócz ciebie.
— Wikta daj już pokój, bo rozumek stracę.
— Trać, ino kochaj!...
— Wikta! Lećmy do tatusia, bo jutro chcę koniczynę kosić.

Dołęga, w 1897 roku.

Sewer.






OTOKAR BŘEZINA.



Z cyklu „Tajemne dalky“.

HYMN WSTĘPNY.

Barw świetnych tęczo, tonów huraganie!
Jak wibr eteru rozprasza mrok nocy
Tak czar twój myśli roznieca zaranie.
Sztuk rodzicielki, snów i szałów Mocy!
Jak całopalne Eljasza ofiary
Niegdyś zatliły nieba święte żary
Tak na objatę krwawą duszy mej
O, siło natchnień, swą pożogę zlej!




W duszy mej drzemią gorzkie, tęskne wonie —
Myśl ma podobna gasnącej gromnicy
W nędznym świeczniku ciała mgławo płonie
Przed ołtarzami wiecznej Tajemnicy.


Krwi mej niewieście nie zażegły usta,
I szał miłości w oczach mych nie spłonął,
Nie rozżarzyła mi nerwów rozpusta,
Woni przyjaźni małom w życiu chłonął.

Dni pustelnicze wiodłem sam w ukryciu
Schylony jedno nad snów mych łan złoty,
I więcej w myślach grzeszyłem niż w życiu
I pieścił mary i kochał tęsknoty.

Wiosna ma była elegijną pieśnią,
Którą mi życie załkało na fletni,
A dni wesela jak ta darń, co pleśnią
W gruz, w bruk się wciska dzięki rosie letniej.

Jak porost, co się w zielniku possychał,
Szare, bezbarwne są wspomnienia u mnie;
Zatęchły odór nędzy tylkom wdychał,
Plon poniżonych gromadząc w swem gumnie.

Ogrom wszechświata, gdy olśnił me oczy
Tajnią sił wiecznych i światłem osnową,
Od niezmierzonych odbity przeźroczy,
W duszy się mojej zestrzelił na nowo.

Z wieści dziejowych stęgłej krwi opary,
Grozę Nicości ssałem z duszy własnej;
Byt mi igraszką, w której szczęścia mary
W górnych lśnią warstwach, jak blask pereł jasny.


Nie zgaszę pragnień mych wśród życia piasków
Jak Gedeona żołnierz u krynicy;
Zebrałem w duszy garść mistycznych blasków
I senny kląkłem w chramie Tajemnicy.

Smętny jest duch mój, gorżkie śpią w nim wonie —
Myśl ma podobna gasnącej gromnicy
W nędznym świeczniku ciała mgławo płonie
Przed ołtarzami wiecznej Tajemnicy.




Barw świetnych tęczo, tonów huraganie!
Jak wibr eteru rozprasza mrok nocy,
Tak czar twój myśli roznieca zaranie,
Sztuk rodzicielko, snów i szałów Mocy!
Jak całopalne Eljasza ofiary
Niegdyś zatliły święte nieba żary,
Tak na objatę krwawą duszy mej
O, siło natchnień, swą pożogę zlej!




MODLITWA WIECZORNA.

O śmierci żywych ciał, twa noc mi jasnym dniem,
Tajemne soki twe w gorącą wlej mi krew,
Śmiertelną mdłością twą mnie spętaj w łożu mem,
Miękkie uściski twe jak białe ramię dziew.
Cudowna woni ty, świat inny z której tchnie,
Mój ziemski żywot zgaś, a ponadziemski wznieć,
I próśb mych szloch i żar, co pali wargi me
I w twarzy płonie mi, w mej duszy ścisz i zgnieć!


W kaganki źrenic mych przygasłych, święta, zstąp!
Nanowo napełń je, poznania użycz skier,
Niech widzę grążąc się w pralasów morskich głąb,
W tysiącmilową dal świetlanych nieba sfer —
Jak się kryształy dwa zrastają w łonie skał,
Jak świetną tęczę barw roztacza kwiatów splot,
Jak ferment życia ów, co śród materyi spał,
W bytu się zmienia kwiat, w wieczysty wir i grzmot.

Zasobem nowych sił mój ludzki obdarz słuch,
W rezonansowy sprzęt me tępe zmysły zmień,
Krążących soków szmer, tajemny wzrostu ruch
Daj słyszeć mi śród gędźb pozaświatowych drgnień.
Niech czuję roślin puls, muzykę gwiezdnych dróg,
Łamanie świetlnych fal, powiewu pęd i szum,
Motylów cichy lot, a w duszy zszedłszy próg
Rodzącą się w niej myśl, jej zamęt, bój i tłum.

Uwolnij moją myśl od ciężkich ziemi pęt,
Światła jej chyżość daj, niech przestworami niknie
Nad kryształowych mórz zielono-modry męt,
W wulkanów zgasłą pierś, w głąb ziemi, gdzie żar wre.
W przepaści wieczną noc niech goni lotem skry
Nad wód ognistych nurt, płomiennych źródeł szał,
Do rozpłakanych grot, gdzie w ciągu stuleć łzy
W kamienny krzepną sen pod baldachimem skał!


W polarną długą noc, gdzie w blasku barwnych wiech
Północnej zorzy, lśni wieczysty śnieg i lód,
W rozkoszny wschodu kraj, gdzie odalisek śmiech
W sułtańskich sadach brzmi jak drżenie i dźwięk nut:
Nad ludów głośny gwar, nad pustyń niemy wrzask,
Gdzie gasnąc życia ślad zamiera w słaby rytm,
Ponad pralasów mrok, nad górskich szczytów blask,
Nad zadumany step, mar pełny, mgieł i widm!

Przeniknąć pozwól mi cel wszystkich dróg i sił,
Początek, rozwój, skon, wszechbytu tajny ład,
Sił żywych wieczny krąg, co konstelacji pył
Ogarnia siecią swą i sprawia wzlot i spad,
Co modrą miga skrą śród bagien, wód i trzcin,
I bólom dal się w nas, a w liljach woniom zlądz:
Wieczności kędy brzeg pić daj mi z tajnych win!
Spragniony jednym tchem ugaszę żar, mych żądz!


Wskroś przesyć ciało nie, nerw każdy, każdy rdzeń,
Z tajemnych źródeł swych balsamem we mnie spłyń,
Strumieniem lawy krąż i pal się, wrzej i pień,
Rozkoszy dzikich świt nieznany dla mnie czyń;
Aż kiedy płomień żądz w tajemnem ogniu twem
Na popiół wytli się jak smolne łuczyw drwa,
Ty wtedy czoło me ognistym poraź tchem,
W ostatni ułóż sen, co wieczność całą trwa.

Tłum.: Maciej Szukiewicz.










ŚW. KRZYŻ.
I.

Wyobraźmy sobie miasteczko cale murem niskim opasane; dokoła rozległego podwórza szpitalne wąskie, długie budynki; widać szeregi małych okienek celek zakonników-duchaków; jest wielki pielgrzymowski dom, osobne domki dla oddziału kobiecego pod dozorem duchaczek; są warsztaty wszelkie dla rzemiosł, kuźnie, stolarnie, kilka browarów, młyn, może i pralnie nad wodą bieżącą Rudawy, bo i Rudawa skądziś tam się brała, tuż pod murami miejskimi płynąca. Kościół św. Ducha stał w środku, z przytykającą doń kaplicą; a dominował nad całością św. Krzyż z wieżycą o hełmie warownych turni miejskich. Rojno tam musiało być od nędzy i jej patronów, od przybłędów, pątników; zaciekawiające i dziwne życie, gdy to jeszcze wszystko trzymało się, a po świeżym pożarze; roku 1528, zaczęło się wznosić trwalej i upiększać.
Stary, zrujnowany kościół św. Ducha i reszty dawnego szpitala skutkiem uchwały krakowskiej rady miejskiej zostały niedawno zburzone; przystąpiono jednak zeszłego roku do restauracyi kościoła św. Krzyża.
Gdy się rozpoczynało odnawianie kościoła św. Krzyża, zamierzone na bardzo szeroką skalę, nie można jeszcze było wiedzieć, co kryje wnętrze, napozór zbiedzone i brudem zeszargane.

Obrazy, drewniane ołtarze i stalle niknęły pod grubemi warstwami kurzu, wnętrze posępne było, groźne, dzikie, pajęczyn pełne czarnych i mroku. Z barokowych volut zdjęte anioły
Część boczna zaplecków ze stall barokowych w nawie kościoła Św. Krzyża.
złotoskrzydłe, porzucone na posadzkę, poopierane po kątach opustoszałego gmachu, plączące w przesadnych gestach, lamentowały nad zamąconym spokojem; gasły w mroku czekające.

Jednego dnia o południu, gdy słońce jesienne padło na ścianę zeszarzałą, w świetle, z pod tynku świeżo od tłuczonego, zarysowały się na głębszym pokładzie ściany jakieś litery i linie i kolory blade, wiekowe. Stojąc na posadzce kościoła czytać można było wyraziście, kolisto pisany tęgi sześciowiersz humanisty. A więc pod tynkiem kryje się historya i pamiątki, więc nowe malowanie niepotrzebne, więc może wiele jest zachowane; może jest wszystko. — Łatwa kombinacya wystarczyła, żeby treść i rozkład przewidywanych starych malowań odgadnąć i szukać za konturami, bijąc młotem w ściany, odwalać z tynku mur a odsłaniać te blade kolory, te czarne linie szerokie, dalekie, śmiałe, wielkie, które wysoko ponad głowami robotników murarskich, wiązały się w zwoje draperyi, w sylwety olbrzymich figur pontyfikalnych.
Szybko rusztowania wzniosły podest drewniany do wyżyn, gdzie palmowe sklepienie się rozgałęzia; teraz już szukać wszędzie. Na sklepieniu ujawniły się floresy, zwoje fantastyczne, łby gryfów, ptaki, maskary, główki skrzydlate, kosze z owocami w barwach bladych, dalekich lat przynoszących do nas piękno i tchnienie. Sklepienia obydwa okazały się malowane, pełne ornamentów; dzień każdy szukania przynosi nową uciechę i radość; pokazało się, że nie brakuje ani jednego szczegółu do całości jednolitej: było wszystko, autentyczne, rzeczywiste, ino przypruszone, bladością nikłe, odległe, bardzo może odległe, ładne wdzięczne, delikatne.

Kościół Św. Krzyża w ciągu restauracyi.

Ale jak dawne?
Odskrobane z wapna klucze sklepienne prezbyteryum jawią jakieś maski; widać wyraźnie lilię, węża z dzieckiem nagiem w paszczy, orzełka opasanego literą s, znak korabia z infułą i pastorałem, do popołudnia odskrobią resztę... po południu wołanie głośne i radosne prawie „jest rok, jest rok“. Na rusztowaniu, na górze, na kawale ściany zygzaki jakieś ledwo dostrzegalne, lekko wodą zwilżone zaczerniły się wyraźniej i stoi napisane mocno: hec testudo erecta est opera ac cura veneralibis domini itd. anno domini 1533.
Za Latalskiego, Tomicki właśnie umarł i przez uszanowanie dano jego korabl na tarczę; żyje Zygmunt Stary, Bona jest młoda, pewien godny mieszczanin pisze się Boner, a poczciwy plebanus X. Teplar każe malować sklepienie prezbyteryum św. Krzyża i kuzynka swego do malowania wzywa, też Stanisława Teplara, starszego podówczas w cechu malarskim krakowskim. W Krakowie Krzycki, a koło niego dwudziestoletni młodzieniec ukochany przez muzy latyńskie, pisze do starca w purpurze list poetycki a Hozyusz uśmiecha się na wiersz Janickiego. Zygmunt August ma lat szesnaście. I my na to dziś patrzymy.


∗             ∗
Zestawienia z aktami, porównania, rozpatrywanie szczegółowe i krytyczne, ocena stylów, wglądnięcie w charakterystyczne cechy pojedynczych części malatur pozwoliły wymiarkować ich różnolitość; określić dały się jasno czas i siły, jakie mogły brać w pracy udział i dzień każdy przynosił coraz więcej do charakterystyki i renesans prawdziwy, rzeczywisty, renesans wieku XVI-go, ten miniony, wstawał, ożywiał się, gadał ze ścian.
Ornament ze sklepienia nawy w kościele Św. Krzyża w Krakowie.

Po całodziennem rysowaniu miło tam było pod wieczór, o zmroku, gdy już cień jesienny szybko ogarniał wnętrze gmachu, siedzieć na tych wyżynach, pod sklepieniem na barokowym jakimś odwiecznym fotelu, i patrzeć jak na rozpięte baldachy cudnego sklepienia biły łuny z żarów koksowego pieca, rozświetlając strojną koronkę splotów włoskiej mody. — Łuny, przy zmroku, biły na ściany mdławo i cienie figur biskupich patrzyły się wielkiemi oczami, pełne zadumy, grozy, ciszy; starców głowy wyraziste o zapadłych policzkach, brodate długiemi siwemi brodami Saturna... Patrzyły przez chwilę oczyma Hozyusza, Krzyckiego, Tomickiego; zgarbione pod ciężkimi zwojami płaszczów fałdzistych słuchały... jak w głosach wieczornego dzwonienia aniołów pańskich... doleci od Wawelu głos stłumiony wielkiego tego dzwonu króla, co żył wtedy. Piec dogasał, łuny bladły a w zmroku ginęły cienie i mary tęgiego renesansu.



Ornament ze sklepienia nawy w Kościele Św. Krzyża w Krakowie.
II.

FAŁSZYWY RENESANS.

Niepodobna pojąć, czytając opisy gmachów poszpitalnych św. Ducha, zwłaszcza kościółka i kaplicy, że jednak je zburzono; rozglądnięcie się dokładne w Świętym Krzyżu, dopiero całą ich uwydatnia wartość, dopiero daje wskazówkę jaka to całość mogła była być piękna, urocza, ba nawet z resztami miejskich baszt i murów i z barbakanem połączona, zrestaurowana i odtworzona umiejętnie; muzeum starożytności miałoby tam swoje najwłaściwsze pomieszczenie, ogród okratowany wprowadzałby malowniczość i spokój, gdzie przed wiekami tyle było ruchu i wrzawy i nędzy ludzkiej.
Ornament ze sklepienia nawy w kościele Św. Krzyża w Krakowie.

Restauracye jakie się u nas prowadzą za prędkie są, za pobieżne; niemamy jeszcze dosyć ludzi, żeby z zadania wywiązać się mogli tak iżby nas przed obcymi nie potrzebował ogarniać wstyd. — Nauczyliśmy się rozumieć zaledwo rzeczy kilka, nie umiemy jeszcze cenić wszystkiego porówno, co nam przeszłość zostawiła w sztuce. Ogół nie jest obowiązany wszystko wiedzieć i umieć, bo ogół w danym razie poinformowany może pojąć wszystko; ale ci, którzy się u nas podejmują wykonywać prace pomnikowe i ich wykonywaniem kierować, z podupadłości i wiekowości dźwignąć zamierzywszy monumentu naszej his tory i, nie dorośli jeszcze do zadania i w tem co robią, grube znać ręce, a uszy muszą mieć zalepione woskiem, przezco nie słyszą muzyk i harmonijnych grań, za któremi właśnie duszą iść powinni.
Porządnie i czysto zrobiono wszystko w architekturze, ale otwory w dachu zbyt sztywnego w liniach, winny być małe, jakby oka wpół przymknione; zakrystya ubrana nad pierwszem piętrem renesansową, lekką, fantazyjną attyką, a nie taka budynkowa, budowała jak obecnie, wieżyczka z krętem i schodami inaczej kryta i z dojściem od zewnątrz, bo przecież było; pogłębienie terenu bardzo szczęśliwie zamierzone, więcej mogło mieć życia i szerokie ceglane schody dane dookoła prawie, byłyby usunęły wrażenie dołu, dziury, lochu, w której się kościół zapadł. Piękna arkada we fasadzie wieży otwarta; ale dawne oddrzwia barokowe w nią wstawione, można było umieścić jako bramkę w ogrodzeniu przed schodkami (podobnie jak w sadzawce św. Stanisława na Skałce) zamiast dwóch brzydkich klocków słupowych, na tem przecie nie polega styl, (takie do nich podobne stoją wzdłuż centralnego hotelu). Do wszystkiego oczy mogą nawyknąć, ale byłby czas odzwyczajać się od à pen prés, tam, gdzie gust nasz ma o czem świadczyć.
Dzisiejsze malowanie razi przede wszystkiem hałasem barw, tam gdzie delikatnie je zaledwo trzeba było zaznaczyć i rysunek podkreślając kolorem nic nie zagubić z oryginalnych linii starodawnych. Ściany pokryte surową barwą białą tem niechętniej przyjmują wzorzysty ornament z ordynarną zgrabnością kreślony. Ton, jakiby się przez wprowadzenie tła uzyskało, winien był uwydatnić inny gust w prezbyteryum (r. 1540) i jeszcze pewną skłonność do pietnastowiecza, zaakcentować pełny renesans (1568—70) w nawie, gdzie herb biskupa Padniewskiego.
Pod każdą z arkad w górnej części ścian wielkie postacie ojców kościoła i biskupów Iwona, Grzegorza, Hieromina, niestety porówno jak sklepienia w miejsce zeskrobanych starych, namalowane na nowo, i w rysach draperyi, ciągnięciu linii zatraciły styl, zbytecznem modelowaniem ociężałe, a o wyrazach twarzy, o wrażeniu nie może być dzisiaj mowy. Gdy twarz biskupa Iwona, (postać cała podobna układem do portraitów biskupów z krużganków franciszkańskich) tak rzewny, tak uroczysty miała nastrój i szlachetność z niej dziwna biła i spokojna. Albo ów starzec, niby człowiek cierpiący, homo reus, co bije się w piersi raniony tyloma mieczami cierpień, kar, pokus fatalizmu, zastraszony sądu bożego grozą, siedzący w archaicznem krześle nad grobem, nagi, potężny ramionami i w plecach, nędzny starością, co go zgarbiła, dziś brzydkim rysunkiem odległy od oryginału, przejaskrawiony w kolorycie. W prezbyteryum, z jakąże łatwością postacie apostołów dorobiono, te co ledwo je można było odgadnąć, ale jakże potwornie, bez cienia trudu i studyów. Całości ściany nie przedstawiają żadnej, wszystkie szczegóły luźno rozrzucone nie wiążą się zupełnie. Jedynie ocalały sceny męki Pańskiej pod chórem w nawie, oraz postać św. Rocha na ścianie w prezbyteryum pozostawiono nietknięte. Pomalowano obrzydliwe, nieudałe tarcze, biskupią i kasy oszczędności, oraz co już jest szczytem bezmyślności, tarczę malarzy, pytanie których, czy tych co malowali w wieku XVI i których dzieło zbrutalizowano, czy tych, co babrali świeżo.

St. Wyspiański.






Przed Jutrem.

Czy żyjem jeszcze? Ach, Jutro odpowie,
Bo Dzisiaj milczy jak ciemna zagadka!
Próżno myśl szuka odpowiedzi w głowie,
W sercu, śród uczuć zwęglonych ostatka...

Dziś sen jak chmura otacza powieki.
Czyli w tej chmurze drzemią życia gromy?
Czy wzrok nasz ciemność okryła na wieki?
Czyśmy ostatnie przeżyli pogromy?

Tak zapytuje legion starców siwych
Patrząc po mrocznych obszarach ojczyzny,
Licząc umarłych, pomijając żywych,
Ich walki znojne i chlubne ich blizny.

Niby Rzymianie za dni Heljogbala
Widzą, że w gruzy stary świat się wali,
Choć z ruin bije nowych światów fala,
Zakryli oczy, nie widzą tej fali!

Żegnajcie gruzy, popękane mury!
Nieś szumna falo, w dal biegnijcie oczy!
Komu źrenice otoczyły chmury,
Niech łzy przelewa i do grobu kroczy!

Gdzie Jutro wstaje, tam Wczoraj się wali,
Czasu cierniowe nie ustraszą wieńce,
Świat krzyż swój chwyta i podąża dalej,
Choćby miał na nim kiedyś rozpiąć ręce!

Andrzej Niemojewski.



JESIENIĄ.

Żółte listki brzóz
Dygocą — dygocą,
Bo je dzisiaj nocą
Zwarzył siwy mróz.

I padają z drzew
Jak ulewa złota —
Po ziemi je miota
Zimny wiatru wiew.

Źle tym liściom — źle,
Co zleciały z drzewa,
Wicher je rozwiewa
Na deszczu, we mgle.

Lecą z ostrym tchem
W zawieję okrutną —
Jak tym liściom smutno,
Ja najlepiej wiem...

1897.Lucyan Rydel.





Gdy na sen śmierci....

Gdy na sen śmierci będę tulił oczy,
Niech mi zawodzą wichry pieśń pokutną...
Jesienne niebo, jak całunu płótno
Niechaj nademną bezmiar swój roztoczy...
Nigdy mi szczęścia nie lśnił blask uroczy
I życie męką było mi okrutną...
Jak ono smutne, niech śmierć będzie smutną...
Jesienny wieczór niech zapada mglisty
I niech mnie wichrów kołyszą poświsty,
Gdy na sen śmierci będę tulił oczy.

Gdy na sen śmierci będę tulił oczy,
Znękany marą życia bałamutną...
O, niechaj we łzach nie będzie rozrzutną
Ta, której źrenic jasnych blask przeczysty
Śród życia drogi płonął mi ciernistej
I niechaj żałość cudnych lic nie mroczy...
Daremny smutek piersi niech nie tłoczy,
Kiedy na spokój będę szedł wieczysty,
Jak starzec smutny, lecz jak dziecię czysty...
Gdy na sen śmierci będę tulił oczy!

Warszawa.Władysław Nawrocki.





SELIM.



Z nienapisanego poematu.

Urywek.

...........
Próżno o struny potrącał stargane,
Pieśnią już struny nie zadźwięczą złote!...
Próżno do walki wyzywał Nirwanę,
Do życia budził nicość i martwotę.
Zgasł już Znicz święty, a dęby strzaskane
Ciężarem swoim zgniotły wajdelotę,
Który dobywać jeszcze pragnął czary
Z lutni spróchniałej, — i pieśniarz zgasł stary.

I wkoło cisza zaległa grobowa...
Tam, kędy gaje świętą pieśń szumiały,
Dziś tylko zrzadka gdzieś zahuczy sowa,
Lub zaszeleści zcicha popiół biały,

Jak gdyby szeptał przeszłości: „Bądź zdrowa!“
A gdzie świątynie granitowe stały,
Dziś pośród ruin chwast porasta dziki,
Pełza ropucha, hukają puszczyki!...

Nie zgadłbyś, że tu było kiedyś gwarno,
Że zewsząd ludu zbierały się tłumy,
Kapłani pieśń swą śpiewali ofiarny,
Pieśń, jak huk gromów, pełną groźb i dumy,
I w świętą glebę święte siali ziarno...
Dziś cisza głucha, jak po przejściu dżumy,
I nie zostało z tej przeszłości dumnej
Nic, oprócz mogił, i nic — tylko trumny.

Nie zgadłbyś, że tu kiedyś życie wrzało,
Był naród wielki, grody się wznosiły
I krew się wrażą strumieniami lało...
Dziś wszędzie tylko cmentarze, mogiły,
Ruiny, gruzy... Te spuścizną całą
Po życiu, pełnem potęgi i siły,
Brzemiennem w zwycięstw i klęsk strasznych wiele...
I kiedyż wstaną duchy-wskrzesiciele?

Nigdy!! Nie wskrzesić przeszłości umarłej,
Jak nie pochwycić dźwięków, co przebrzmiały.
Z ciał bohaterów powstałyby karły,
I naród wstałby martwy, strupieszały,
Gdyby się nad nim mogiły rozwarły...
Ach, z mogił tylko trupów legion cały
Wstanie do życia, — więc niechaj śpią raczej,
I niech im przyszłość za wszystko przebaczy!


Może, gdy ciała te w grobach spróchnieją,
A proch z nich wicher rozwieje stepowy,
Zielone niwy zakwitną nadzieją,
I z ziemi wstanie mężów zastęp nowy,
Nowe sztandary na basztach powieją...
Ale dziś jeszcze wkoło huczą sowy,
W ponurych gruzach leżą grodów mury,
W murach się gnieżdżą jaszczurki i szczury.
..........

Mógłbym się w blaski odziać księżycowe
I gwiazdy złote wziąć za swe pochodnie,
I miejsca zwiedzać te straszne, grobowe,
I odkopywać z mogił przodków zbrodnie, —
Lub też przeszłości w laury wieńczyć głowę,
Gdyby wołano, że czynię wyrodnie...
Mógłbym w noc ciemną po cmentarzach błądzić
I tych, co legli już w mogiłach, sądzić.

O, bo nie myślcie, widząc na mej twarzy
Bladość marmuru, i cichość, i chłody,
Że tam gdzieś w sercu nic się już nie żarzy,
Żem jest, jak jeleń bojaźliwy, młody,
Co poza siebie spojrzeć się nieważy...
O nie! Ja chodzę na te w gruzach grody,
I każdy kamień do rąk własnych biorę
I ważę, kładąc na swe serce chore.

Mógłbym się w szatę przyodziać epiczną
I, niby Homer, śpiewać epopeję, —
Strofom nadałbym formę daktyliczną,
Przy końcu wierszy umieszczał trocheje.

Słuchaczów ciżbę zgromadziwszy liczną,
Takbym rozpoczął: „Śpiewam ludu dzieje,
Co zjeść i przepić zdołał już sam siebie,
A dziś na własnym ucztuje pogrzebie!“...

Lub na cmentarze w północną godzinę
Szedłbym, i dążąc romantyków śladem,
Z mogił bym larwy wywoływał sine,
W oponach krwawych, o obliczu bladem.
Każda za swoją jęczałaby winę,
Każdaby z gadów nosiła dyadem,
O przebaczenie wciąż błagała nieba,
I wciąż słyszała: „Jeszcze cierpieć trzeba!“

Mógłbym, — lecz wszystko to już formy stare,
Więc takich pieśni nikt dzisiaj nie słucha, —
I, zanim wzrotek przebrzmiałoby parę,
Wkoło — żywego już nie miałbym ducha...
Pragnąc goryczy tej odwrócić czarę
Dopóki pora, choć nadzieja krucha,
Cofnę się z drogi i wejdę na inną,
Powieść wam prawić zacznę... mniej dziecinną.

Zostawmy w ciszy te groby przeszłości,
Te larwy piekieł i głowy Meduzy,
Zostawmy w grobach popróchniałe kości,
Grodów ruiny, wielkich ludów gruzy,
Wróćmy do krain, gdzie jeszcze dzień gości,
A róż girlandy młode noszą muzy,
I wieszczów wabiąc uśmiechniętą twarzą,
O płomień natchnień błagać się nie każą...
..........
Warszawa.Selim.





STANISŁAW PIEŃKOWSKI.



GENIUSZ.

Nad czuwającym wisi czarne nocy niebo,
A pod nim otchłań przekleństw i nędzy i złości —
W piersi jego szarpiąca boleść życia gości,
A siejbą jego — wieczność, nicość — jego glebą...

On jest etapem przemian, zawrotną przełęczą,
Przez którą idzie dusza wszechistot — bolesna,
Przez niego oczom świata ona — bezcielesna
Prześwieca ran czerwienią i ukojeń tęczą...

On skupił w sobie wszystkie słabości i moce,
W nim się duchów rozgrywa nieśmiertelna bitwa,
W nim się z łzami aniołów śmiech czartów szamoce,

W nim samotność dusz hardych, pokornych modlitwa,
I jasność słońc — i mroczne podziemia przerażeń...
On sam jest wszechhistoryą i osią wszechzdarzeń.





DUSZA TŁUMU.

Jest potwór, który codzień mi w oczy zagląda
I olbrzymie swe łapy na ramiona kładzie,
I zatapia mnie w włosów brunatnej kaskadzie,
I przyczaja się, tuli, drży i pieszczot żąda...

Pod moją drobną dłonią pierś potworna jęczy,
I widzę, jak tęsknota rwie ten łeb kosmaty —
W żyłach gra mu szum lasów słyszany przed laty,
W ślepiach słońce zwrotników lśni kroplami tęczy...

On płacze!... Jednak jeszcze dziś tą czarną wargą
Żłopał chciwie krew ludzką, rwał czerwone mięso...
Teraz warga mu zwisła ciężko bólem, skargą,

Chrapy rozdął i skomli — łapy mu się trzęsą...
Przed oczami w mgle płyną palmy, piaski, morze,
I zmrok lasów... On tęskni... O — biedny potworze!...

Warszawa.Stanisław Pieńkowski.





Gdzieżeście mi się podziały....

Gdzieżeście mi się podziały
Wy moje róże?
Czy was po ziemi rozwiały
Te ciągłe burze?
Czyli was słońce spaliło
W tem skwarnem lecie?
Czy was me serce zgubiło
W tułaczym świecie?...

Gdzieżeście mi się ukryły
Dumne nadzieje?
Czy was w głębokie mogiły
Schowały dzieje?
Czyście zginęły od stali
W burzliwej dobie?
Czy ludzie was zakopali
W serc swoich grobie?...

Andrzej Niemojewski.





KOCHANKOWIE.



Jak potężny gigant skalny
Stoi Garłuch pośród Tatrów,
Stopy nurza we mgle halnej
A pierś pławi w szumie wiatrów.

Mchem porosłe, dzikie lica
Zwraca na wschód bez ustanka,
Gdzie widnieje w mgłach Łomnica
Jak posępna gór kapłanka.

Płaszczem świerków w pół okryta
Strzela dumnie z turń i ławic
A na niebie twarz jej świta
Pośród gromów i błyskawic.

U jej skroni wichrów szumy
W rozszalałym grzmią potoku
A u stóp jej szczytów tłumy
Gromadami giną w mroku.

Tylko Garłuch widny w górze,
Niemy, groźny i ponury
Dźwiga bary ponad burze,
Ponad wichry i nad chmury.


Jego hufce legły w dole
I usnęły snem granitów;
Każda burza na ich czole
Szczerbi dawną wielkość szczytów.

Ryczą wichry pieśń zagłady,
Grom zniszczenia łuną błyska;
Z każdym wiekiem gór gromady
W proch się sypią, w rumowiska.

Tylko mroczny cień Łomnicy
Czoło stawia wichrom, gromom,
W krwawych ogniach błyskawicy
Obracając twarz ku złomom.

Tylko Garłuch i Łomnica,
Dwa olbrzymy, dwie opoki,
Piorunowe swoje lica
Wznoszą dumnie nad obłoki.

Strzela w niebo ponad turnie
Cień olbrzyma i olbrzymki
A dokoła ginie chmurnie
Puszcza halna śród zadymki.

Andrzej Niemojewski.



Zakopiańska bajka.



„Kto chce mieć zbójnickie złoto
„Po miesiączku w las mu trza,
„Ale ten niech idzie po to,
„Kto sposoby dobrze zna.
„Trza mu iść pod stary buk,
„W korze niechaj krzyż naznaczy
„I zaprzęże w jeden pług
„Siedm źrebców z jednej klaczy,
„Urodzonych w jednym dniu,
„Jednej maści, jednej miary,
„A skarb ziemia wyda mu“.

Tak w szałasie baca stary
Jak mawiali ojce starzy
Do juhasów cicho gwarzy.
Ogień skwierczy popod ścianą,
Lecz go wiatr przez szpary gasi,
— „Maciek! dorzuć tam polano...“
Cicho baco, śpią juhasi —
A choć słyszy jeszcze Maciek
Darmo teraz wołać go,
Tak się cały myślą zaciekł,
Gdzie to takie źrebce są,
Skądby takie źróbki mieć,

Coby jednę miały szczeć
I w dniu jednym wedle gadki
Od tej samej były matki.

Zagasł ogień popod ścianą —
Już i baca w kącie śpi.

Ledwie słonko wyszło rano
Z baranami chłopcy szli.

Dzwonią dzwonki, skot się pasie,
Maciek został sam w szałasie.
Siadł na progu — duma sobie
Jedną myślą wciąż się biedzi,
Aż tu spojrzy — a tam w żłobie
Na drobiazgu kwoka siedzi.
Spędził kokosz — duma sobie,
Schmurzył czoło skłopotane,
Wreszcie klasnął w ręce obie
I poskoczył przez polanę.
Wpadł w kosówkę, rwie gałązki,
Struga, klini, zgina w łuk,
Spodem wprawi kozik wąski
I już gotów mały pług.
Potem z guńki wyrwie nici,
Bicz ukręci, lejce zwiąże,
Siedm kurząt w lot pochwyci
I do pługa je przyprząże.
— „Wiśta, hajta źróbki gniade!
„Hej, orajcie mi głęboko,
„Hej orajcie mi głęboko,
„Kiedy nocką w bór pojadę!“



Trzoda, becząc z paszy wraca,
Maciek duchem w lasy bieży. —
Wokół kotła chłopcy, baca,
Niema Maćka przy wieczerzy.

Wyszedł miesiąc pozłocisty
Idzie granią po Koszystej.
Maciek z kurzętami w garści
Śmiga jeno poprzez chraści,
Siedm rzek ostawił w tyle,
Siedm gór i dolin tyle,
Przebył gąszcze i ruczaje
I pod starym bukiem staje.
Bór w około ciemny, głuchy,
Nocny jeno huka ptak —
Jęk puszczyka dobry znak!
Dobądź pługa z za pazuchy!
Rąbanicą zaciął w buk,
Echo wtórzy mu: stuk, stuk...
Krzyż wycięty już na korze,
Teraz śmiało orać może.
Dobył pługa, zaprzągł kurki,
Ujął krzepko lejców sznurki,
Zaciął biczem, ziemię orze,
Puszczyk jęczy, huka w borze.
Kurki mu orają w lot,
Siągę kopią, kopią głębiej,
Na nim wybił siódmy pot
I włos mu się na łbie dębi.
Wtem żelazo w ziemi zgrzytnie,

Drugi miesiąc błysnął z doła —
Świeci, miga, skrzy błękitnie
„Mam cię skarbie“ — oracz woła.
Chybnął w dziurę, sięga dłonią,
Własnym oczom swym nie wierzy,
Lecz dukaty w ręku dzwonią,
Lecz stos złota przed nim leży.
Do cna wybrał wprzód czerwieńce,
Potem kolce i pierścieńce,
A gdy wreszcie noc pogodna
Rozwidniała jutrznią białą,
Dobył złota górę całą,
A nie mógł się dobrać do dna.

Maciej Szukiewicz.



ANTONI SOVA.



Teodorowi Mommsenowi.

Tobie, któryś znienacka uderzył mój naród, zaciekły Starcze
Brutalny, chciwy! Tobie, na skraju mogiły,
Bastardzie rzymskiej buty Cezarów i zwycięskiej Germanii,
Tobie, niesyty sławy, zaślepiony starcze,
Śpiewam te mściwą pieśń barbarzyńcy, którego budzi tentent rumaków!
Miażdżącym żelaznym ciosem
Pogardy biję w twe zgrzybiałe oblicze,
Ty fanatyku okrutnego cesarstwa,
Biję w twą skroń pomarszczoną, w twe wargi nerońskie
Sine, spienione bezsilną wściekłością!

»Rozum« tedy znalazłeś w zwaliskach Rzymu,
Rozum, co teraz jatki i rzeź ukochał,
I czaszki rozwala spętanych, zwalczonych ofiar?
Co dla twego zjednoczonego Imperium poskramia niewolników,
Których rad widziałeś zdeptanych stopą tryumfatorów
Kornych wobec Cezarów, hordy otroków,
Których zamienić pragnąłbyś w płatne żołdactwo w służbie imperium!

Nędzny heroldzie niewoli!
Wyżej, ponad rozkwitłe szczyty swej ojczyzny
Twój wzrok nie sięga!
Radbyś wszystko zmiażdżyć cynicznie
Kołami zdobywczych rydwanów.
Dziką zaborców stopą!
Teraz, po wojennych tryumfach twego Imperium
Chcesz resztę Europy pokonać,
Nędznie upokorzyć.
Zawładnąć Helotami, wyssać im szpik z kości,
W pochód swój tryumfalny wprządz ich jak bydło
I rzekomych barbarzyńców przedzierzgnąć
W zaciążnych twego niesytego Imperium!


Ale jak niegdyś, dawno już
Wzgardziliśmy Rozumem twego Lutra,
Reformatora tuczących się z lubością mieszczuchów,
Co z bogobojnymi samicami płodzą dzieci,
Dzieci — gnębicieli wolności —
Tak i dziś gardzimy twym dzikim, starym Rozumem.
Obce mu nasze, świata wszego męki!
Jestże w nim męstwo zgonu dla idei?!
Płonież w nim ogień męczennika Husa?!

I dlatego, ty starcze! osiwiały
W usługach gwalcicielskiego Imperium,
Ty, dla którego skryte są mysterye dusz uciśnionych
Cóż dziś po twej wiedzy i szanownej siwiźnie?
Twój biedny mózg nie przesiąkł światłem Sprawiedliwości,
Nie pojął rozkoszy posłannictwa odmłodzonych ludów,
Nie pojął, że stara kultura, gdy nakłada pęta,
Nie grzeje i oświeca,
Lecz kulą cięży u nóg galernika!
I cóż po twej szanownej siwiźnie,
Jeśli zdziecinniałe paplać frazesy,
Ty, nad grobem pochylony starcze,
Zapomniałeś zwiastować Mir i Ludzkość,
Zwiastować koniec Przemocy i Nienawiści,
Skoroś zapomniał ułomność twą z światem pojednać
Modlitwą wszystko wskrzeszającego Współczucia?
I cóż po twej szanownej siwiźnie,
Skoro ciemnocie hołdujesz
Dziś, gdy miliony wszechludzkie cierpiąc cierpienia
Do Odrodzenia bram kolącą?
Gdy ulicami starych miast
Przeciąga Swoboda dusz
I natrząsa się z twego Cesarstwa —
Gdy w tłumie uciśnionych kast i ludów
Błyskają pierwsze pochodnie humanizmu
Jak pośród Barbarzyńców, na słupach Nerona zatkniętych
Błysnęło światło Chrystyanizmu!

Kiedyś u twego grobu, o który sie wnuki zatroszczą,
Puste twe oczodoły jarzące olśnią pochodnie
I znajdą ocenę twe słowa,
Upadek twej rasy wieszczące —
Ja jednak pierwej z tą różą krwawą,
Co wzrosła smutna na łanie naszej zdeptanej doby,
Chcę stanąć u twego grobu
I rzucić tę różę za tobą, stary despoto,
Aby cie wiecznie paliła swą cierpką, żrącą wonią!

Tłom. z czeskiego Maciej Szukiewicz.





STANISŁAW PIEŃKOWSKI.



ZE SNU.

I.

Gdybym duszę otworzył i z niej jako bogi
Indyjskie wzniósł gmach wielki pełen kryształowych,
Grających dźwięcznie kolumn i sklepień perłowych,
I fontann, tryskających z mozaik podłogi —

Stałby gmach wieki, ale — przed światem zamknięty...
Gdyż tyś tam była chwilę! Te lustra, marmury
Chłonęły cię w przeźroczach... Tych kolumnad chóry
Echem twoich ust śpiewne... Więc ten gmach jest święty.

Nikt tam przed tobą nie był i nikt już nie będzie...
W księżycową noc, w blasków zielonych powodzi,
Jedne tylko w szmaragdach wód białe łabędzie,

Myśląc, że to ich pani ukochana chodzi,
Ciszę świętą niekiedy przerwą hasłem krótkiem,
Zmącą wody — i w mroki odpłyną ze smutkiem.


II.

Nie wierz!... To była chwila smutku, zapomnienia,
To był duszy anielskiej tęskny śpiew łabędzi,
To była łza wytchnienia na światów krawędzi,
To był sen!... I nadeszła chwila przebudzenia...

Westchnąłem tą miłością, jak bóg Atlantydą
Z pod mórz... I nie ugiąłem się pod nią. Zaiste —
Nawzajem oczy nasze mierzą się ogniste
W ciemniach nocy... Dwa groźne duchy razem idą...

Na wyspie wspomnień więzień z cyprysami płacze,
Lec z mnie już roztęsknione niosą mórz odmęty,
Już w ostrym wichrze czaję dreszcz tworzenia święty — —

Jam wolny! — Tłumy najad i syren tułacze
Dmą w róg zwycięztw... W radosny ryk zagrzmiały burze:
Ich pan wraca, ich władca, ich bóg w chmur purpurze!



∗             ∗
PRZYKAZANIA.

Wzbierz jasną falą myśli wyżej zrębów bytu,
Gdzie już piana w Nirwany blade kręgi pryska.
Rozpal w sercu i przytłum tysiączne ogniska
I z łez powstań i zgliszczy, jak złom stalaktytu.

Bądź samotnym jak pająk na sieci wszechświata.
Poznaj wszystkich obłędów okrwawione mety.
Czerp z umarłych i żywych drgającej palety —
Jak mistrz — tony dla duszy swej zamkniętej świata.

Twórz siebie w wirujące granitów podłoże
Wciel sił zamęt... Zakwitnij lasem snów dziewiczym.
Bądź dla nurków, jak cudów niezgłębione morze —

Dla pustyń życia — oaz mirażem zwodniczym —
Nie grobem — ale pysznym grobowców cmentarzem —
Nie ofiarą — lecz ofiar dymiącym ołtarzem.

Stanisław Pieńkowski.





Do przyjaciela-poety.

„Różnemi stery i na różne drogi
Pchnąć mamy łodzie smutnego żywota...“
Nie dla mnie płoną złotych gwiazd rozłogi,
Nie dla mnie zorza zapala się złota;
Nie dla mnie światów nadniebnych pożogi
I za światami, co giną, tęsknota.
Ja, mały atom na najmniejszym z światów,
Mam dosyć bólu, dosyć łez, dramatów.

I ty się nie śmiej, że żądam tak mało,
Błyskawicowych nie pragnę podróży,
Bo mnie się z serca dużo krwi ulało,
Krwi, co w twem łonie wre, szarpie się, burzy.
Mnie dawniej także piersi wnętrze drżało,
Na twarz wybiegał odbłysk krwawej róży.
Skrzydła wznosiły się nieraz do lotu... —
Dzisiaj minęło wszystko — bez powrotu.

Wierzaj: my ludzie. Z naszych żądz tysiąca,
Ty tę nazywasz tylko żądzy mianem,
Co wiecznie pragnie i wiecznie pragnąca,
Pogardza każdym uciech rostruchanem,
Nie zna pragnienia granic, ani końca.
Ty, mając życie, śnisz o czemś nieznanem,
Tyś nie próbował za życiem tęsknoty,
Więc poza ziemią stawiasz żądz namioty.


Lecz, gdybyś poznał, bracie mój, jak boli
Życia ścieżynkę porzucić wzgardzoną,
Wyrzec się bytu, świadomości, woli,
Powracać znowu na nicości łono,
Nie kończąc nawet życia swego roli,
W przemian pielgrzymkę znów iść nieskończoną,
Możebyś dumną porzucił pogardę,
Pokochał życie, czoło schylił harde.

Chcesz, bym szedł z tobą, gdzie gwiazdy rozlały
Promieni morze w lazurów błękity!
Alem ja na to za niski, za mały;
Nie wierzę nawet w zórz ziemskich rozświty
I w małej ziemi wielkie ideały,
I w ziemskiej myśli kierunek niezbity. —
Ty idź, ja sam tu zostanę z żałobą...
Lub, jeśli siłę masz — i mnie weź z sobą!

O, weź mnie z sobą! Na skrzydła z dyamentów
Co u twych ramion drogę tobie znaczą,
Posadź mię! Wynieś z pośród życia mętów
Dolę mą biedną, skrzywdzoną, tułaczą.
Wynieś myśl moją, gdyż pełna zamętów,
Ginie wśród kruków, co żałobnie kraczą.
Ja z beznadziejnych snów walczę chorobą.
O, spojrzyj, powróć i zabierz mnie z sobą!

Ale ty lecisz w gwiazdy zapatrzony,
Dla ciebie skrzydła twe zamało chyże,
Dumasz, jak poznać jeszcze wyższe tony
Wszechświata pieśni, jak w wszechświata wirze
Nie stracić wątku myśli zamąconej.
Patrz na mnie bracie, jak ja stoję w kirze

I wołam: życia bądź ty mi ozdobą,
Spojrzyj ty na mnie, powróć, weź mię z sobą!

A ty się nie dziw, że myśl twą i ciebie
Chcę w ramki zwykłe osadzić i wtłoczyć.
Nie każdy w jasnem może bujać niebie,
Nie każdy z tobą bój powietrzny stoczyć.
Więc też na skrzydeł złamanych pogrzebie
Szyderstwa szatą chciałbym się otoczyć
I wołać głośno — z tajoną żałobą:
Nie wracaj po mnie i nie bierz mnie z sobą!

(Paryż).Zygmunt Rostkowski.





JOSÉ - MARIA DE HEREDIA.



ŹRÓDŁO.

Wśród traw i jerzyn leżą ołtarza kamienie,
Z pod nich, kropla za kroplą, leniwie wytryska
Źródło ciche, samotne, źródło bez nazwiska,
Nimfa, rzewnie skarżąca się na zapomnienie.

Zwierciadła jego — wiatru nie poruszy tchnienie.
Zaledwie gołąb skrzydłem powierzchnię rozpryska,
Lub księżyc, kiedy wzejdzie nad ruin zwaliska
Odbije w niem swe drżące, srebrzyste promienie.

Lub czasem w niem pragnienie gasi pasterz młody.
Pije — i na kamieniu usiada omszonym
I z wklęsłej dłoni strząsa resztę świeżej wody

Ruchem wdzięcznym, bezwiednym, już odziedziczonym,
I nie widzi w pobliżu, na murze zwalonym
Waz i czarek — co niegdyś służyły na gody.





Wizya Khem.

Południe. Pod słoneczne, ciężarne upały
Toczą się ołowiane fale starej rzeki;
Z zenitu, oślepiając, spadł straszny dzień spieki
I żar nieubłagany nakrył Egipt cały.

Wielkie sfinksy, co nigdy nie przymkły powieki
Wgłębiają łona w piasek, od słońca spłowiały,
I patrzą tajemniczo na kamienne strzały
Wyrzucone szczytami w strop niebios daleki.

Czarno plamiąc tło nieba, latają w pobliżu
Samotne stada sępów i krążą bez końca;
Żar niezmierny usypia zwierzęta i ludzi.

Grunt skrzy się. A nubijczyk jakgdyby ze spiżu,
Nieruchomy, milczący stoi w blasku słońca,
Pije ciepło — a dziwna radość w nim się budzi.

Tłom. J. Klemensiewicz.



ADAM ASNYK.

Do pana Piotra[2]

Napróżno tyle hałasu
Robi dzisiejsza nauka,
Piotra z pewnością duch czasu
Nie zwiedzie i nie oszuka.

Wszyscy gniewają go ludzie,
I złoszczą sąsiada dzieci,
I piesek, co szczeka w budzie,
I nawet słońce co świeci.

Myśl o przyszłości mu zbrzydła,
W ciemnym ją widzi kolorze,
Nieborak radby mieć skrzydła,
Aby mógł uciec za morze.

Rad stanąć wzbiwszy się niemi
W Egipcie na piramidzie,
Lecz zmuszon stąpać po ziemi
Z powagą wstecz sobie idzie.

To pójdzie — to się zatrzyma —
To się wykręci na pięcie
I śledzi w koło oczyma
Szukając czegoś zawzięcie.

»Co szukasz, dobry człowiecze?«
Mówię zdziwiony do niego,
A on mi z dumą odrzecze,
Że szuka dnia wczorajszego.

»Niechaj więc szczęście ci służy«,
Odpowiem na to uprzejmie,
»Takiej nużącej podróży
»Nie lada kto się podejmie.

«Jak sądzę, daleko zajdziesz,
»Będę cię czekał z powrotem.
»A jak wczorajszy dzień znajdziesz,
»Bądź łaskaw donieść mi o tem«.

Adam Asnyk.



Na zwoju róży.

W blasku księżyca na zwoju róży
Chciałbym Ci pisać liścik nie duży,
Żem jeszcze wierny, że kocham Ciebie,
Lecz że się chyba zobaczym w niebie!
Bo na tej ziemi miłość niestety
Zanadto drogą jest dla poety,
Zwłaszcza, że nie da szukać ratunku
Twa cnota w jakimś innym stosunku...
O Polko moja! Los romantyka
Dzisiaj każdego wieszcza dotyka,
Gdy się dostatek wyczerpał wszystek,
Za naftę księżyc, za papier listek,
Pocztą ten wietrzyk, wietrzyk majowy,
On nie zażąda marki listowej,
Tym więc sposobem można z kochanką
Korespondować gratis i franco...

Andrzej Niemojewski.



Przypisy

  1. Filozof indyjski VIII w. po Chr.
  2. Niniejszy niedrukowany dotychczas wiersz Asnyka, nosi datę Kraków 11. lipca 1878, a udzielony został Redakcji przez p. Sewerową-Maciejowską. Satyryczny ten wiersz skierowany jest przeciw J. Szujskiemu, który w owym czasie stał się wielce konserwatywnym. Sądzimy, te czytelnicy nasi z zadowoleniem powitają tę satyrę, mającą ogólne znaczenie i dająca się odnieść do wszelkiego rodzaju »panów Piotrów«. Przyp. red.


Znak domeny publicznej
Tekst lub tłumaczenie polskie jest własnością publiczną (public domain), ponieważ prawa autorskie do niego wygasły (expired copyright).