Do przyjaciela-poety

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Rostkowski
Tytuł Do przyjaciela-poety
Pochodzenie Życie tygodnik
Rok I (wybór)
Wydawca Ludwik Szczepański
Data wydania 1897
Drukarz Drukarnia Narodowa F. K. Pobudkiewicza
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały wybór
Pobierz jako: Pobierz Cały wybór jako ePub Pobierz Cały wybór jako PDF Pobierz Cały wybór jako MOBI
Indeks stron
Do przyjaciela-poety.

„Różnemi stery i na różne drogi
Pchnąć mamy łodzie smutnego żywota...“
Nie dla mnie płoną złotych gwiazd rozłogi,
Nie dla mnie zorza zapala się złota;
Nie dla mnie światów nadniebnych pożogi
I za światami, co giną, tęsknota.
Ja, mały atom na najmniejszym z światów,
Mam dosyć bólu, dosyć łez, dramatów.

I ty się nie śmiej, że żądam tak mało,
Błyskawicowych nie pragnę podróży,
Bo mnie się z serca dużo krwi ulało,
Krwi, co w twem łonie wre, szarpie się, burzy.
Mnie dawniej także piersi wnętrze drżało,
Na twarz wybiegał odbłysk krwawej róży.
Skrzydła wznosiły się nieraz do lotu... —
Dzisiaj minęło wszystko — bez powrotu.

Wierzaj: my ludzie. Z naszych żądz tysiąca,
Ty tę nazywasz tylko żądzy mianem,
Co wiecznie pragnie i wiecznie pragnąca,
Pogardza każdym uciech rostruchanem,
Nie zna pragnienia granic, ani końca.
Ty, mając życie, śnisz o czemś nieznanem,
Tyś nie próbował za życiem tęsknoty,
Więc poza ziemią stawiasz żądz namioty.


Lecz, gdybyś poznał, bracie mój, jak boli
Życia ścieżynkę porzucić wzgardzoną,
Wyrzec się bytu, świadomości, woli,
Powracać znowu na nicości łono,
Nie kończąc nawet życia swego roli,
W przemian pielgrzymkę znów iść nieskończoną,
Możebyś dumną porzucił pogardę,
Pokochał życie, czoło schylił harde.

Chcesz, bym szedł z tobą, gdzie gwiazdy rozlały
Promieni morze w lazurów błękity!
Alem ja na to za niski, za mały;
Nie wierzę nawet w zórz ziemskich rozświty
I w małej ziemi wielkie ideały,
I w ziemskiej myśli kierunek niezbity. —
Ty idź, ja sam tu zostanę z żałobą...
Lub, jeśli siłę masz — i mnie weź z sobą!

O, weź mnie z sobą! Na skrzydła z dyamentów
Co u twych ramion drogę tobie znaczą,
Posadź mię! Wynieś z pośród życia mętów
Dolę mą biedną, skrzywdzoną, tułaczą.
Wynieś myśl moją, gdyż pełna zamętów,
Ginie wśród kruków, co żałobnie kraczą.
Ja z beznadziejnych snów walczę chorobą.
O, spojrzyj, powróć i zabierz mnie z sobą!

Ale ty lecisz w gwiazdy zapatrzony,
Dla ciebie skrzydła twe zamało chyże,
Dumasz, jak poznać jeszcze wyższe tony
Wszechświata pieśni, jak w wszechświata wirze
Nie stracić wątku myśli zamąconej.
Patrz na mnie bracie, jak ja stoję w kirze

I wołam: życia bądź ty mi ozdobą,
Spojrzyj ty na mnie, powróć, weź mię z sobą!

A ty się nie dziw, że myśl twą i ciebie
Chcę w ramki zwykłe osadzić i wtłoczyć.
Nie każdy w jasnem może bujać niebie,
Nie każdy z tobą bój powietrzny stoczyć.
Więc też na skrzydeł złamanych pogrzebie
Szyderstwa szatą chciałbym się otoczyć
I wołać głośno — z tajoną żałobą:
Nie wracaj po mnie i nie bierz mnie z sobą!

(Paryż).Zygmunt Rostkowski.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Rostkowski.