Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron


V
INDJAŃSKI FIGIEL.

„Rolling - prairie“ zalana była słońcem południowem.
Pagórek za pagórkiem, porosłe gęstą trawą, podobne były do szmaragdowego morza, którego fale nagle stężały. Nic nie było widać dookoła, jak daleko horyzont sięgał, tylko same pagórki faliste. Kto się tu nie kierował kompasem lub słońcem, ten musiał zabłądzić, jak gubi się na szerokiem morzu niedoświadczony żeglarz w małej łódce.
Zdawało się, że w tem zielonem pustkowiu niema żadnego życia — lecz tylko zdawało; bo w tej właśnie chwili dało się słyszeć mocne parskanie i z poza jednego wzgórza ukazał się jeździec i to w nadzwyczaj dziwacznym stroju.
Człowiek ten ani za wysoki ani za mały, ani za gruby ani za chudy, wydawał się silnym. Odziany był w długie spodnie, kamizelkę i krótką bluzę, a całe to ubranie sporządzone było z nieprzemakalnej materji gumowej. Na głowie miał hełm korkowy z zasłoną na kark, jaki zwykli nosić oficerowie angielscy w Indjach i innych krajach gorących. Nogi jego tkwiły w indjańskich mokassynach.
Człowiek ów trzymał się na koniu, jak doświadczony jeździec; twarz jego, — tak, ta twarz była właściwie bardzo osobliwa. Wyraz jej był głupi, a to głównie z powodu nosa, którego obie strony były do siebie zupełnie niepodobne. Lewa była biała i miała kształt lekko zakrzywionego nosa orlego; prawa natomiast była jakby nabrzmiałą, o barwie, której nie możnaby nazwać ani czerwoną, ani zieloną, ani niebieską. Twarz tę obejmowała broda, której długie włosy sterczały ze szyji aż poza podbródek. Brodę zaś podtrzymywał ogromny kołnierz, a błękitnawy jego połysk wskazywał, że jeździec nosi bieliznę gumową.
Do rzemieni strzemion przymocowane miał z prawej i lewej strony po jednym karabinie, których kolby opierały się, obok nogi jeźdźca, na strzemieniu kształtu trzewika. Przed siodłem leżał napoprzek długi wałek czy puszka blaszana, której celu trudno się było domyślić. Na plecach człowiek ten dźwigał skórzany tornister średniej wielkości, a na nim kilka blaszanych naczyń i szczególnego kształtu druty żelazne. Pas nosił szeroki, również skórzany, podobny do tak zwanej kalety; zwisało z niego kilka woreczków, a od przodu tkwiły kolby lub rękojeści noża i kilku rewolwerów, ztyłu miał umocowane do niego dwie kieszenie, które mogły uchodzić za schowki na naboje.
Koń był zwierzęciem zwyczajnem, nie za dobrem i nie zanadto złem na trudy Zachodu; nie można było w nim zauważyć nic szczególnego, chyba to, że za czaprak miał koc, który napewno kosztował wiele pieniędzy.
Zdawało się, że jeździec jest zdania, iż koń jego więcej rozumie się na podróżach po prerji, niż on sam; przynajmniej nie widać było, by nim kierował; owszem pozwalał mu biec, jak i dokąd chciał. To też zwierzę przeszło kilka dolin, wspięło się potem na pagórek, znowu zbiegło truchtem nadół, czasem puszczało się dobrowolnie kłusem, to znowu szło powolniej, — słowem, ów człowiek w korkowym hełmie o arcygłupiej twarzy nie miał widocznie żadnego określonego celu, ale zato tem więcej wolnego czasu.
Nagle koń stanął i nastawił uszu, a jeździec wzdrygnął się lekko, bo przed nim dał się słyszeć ostry, rozkazujący głos:
— Stop! Ani kroku dalej, bo strzelam! Kto jesteście master?
Jeździec podniósł głowę, spojrzał przed siebie, za siebie, spojrzał w prawo i w lewo, ale nigdzie nie było widać żadnego człowieka. Jednak twarz jego ani drgnęła; zdjął pokrywę z owej długiej puszki blaszanej w formie wałka, która wisiała na przodzie siodła, wytrząsnął z niej dalekowidz, i rozłożył go tak, że wyciągnął się na pięć stóp może, przymrużył lewe oko, umieścił lunetę przed prawem, i... zwrócił ją ku niebu, które tak długo obserwował zupełnie poważnie i starannie, aż nie odezwał się wśród śmiechu ten sam głos:
— Złóżcie zpowrotem wasz teleskop astronomiczny! Ja siedzę nie na księżycu, lecz tu w dole na naszej poczciwej matce — ziemi. A teraz powiedźcie mi, skąd jedziecie?
Jeździec, posłuszny temu rozkazowi, złożył lunetę, wsadził ją do puszki, zamknął troskliwie i powoli, jakby się wcale nie śpieszył, poczem dopiero wskazał ręką poza siebie i odpowiedział:
— Stamtąd!
— To widzę, mój staruszku! A dokąd zamierzacie?
— Tam! — odrzekł zapytany, wskazując ręką przed siebie.
— Jesteście rzeczywiście niezrównanym chłopcem! — śmiał się pytający, którego ciągle jeszcze widać nie było. — Ponieważ jednak znajdujecie się teraz na tej przeklętej prerji, więc sądzę, że znacie jej zwyczaje. Włóczy się tu tyle podejrzanej hołoty, że człowiek uczciwy jest zmuszony każde spotkanie brać nieco poważniej. Zpowrotem możecie jechać w imię Boże, jeśli macie ochotę; gdybyście jednak zamierzali jechać dalej, jak wszystko na to wskazuje, to musicie nam dać odpowiedź i to prawdziwą. A więc gadajcie! Skąd jedziecie?
— Z zamku Castlepool, — odpowiedział zapytany tonem ucznia, bojącego się surowego oblicza nauczyciela.
— Nie znam go! Gdzie to miejsce można znaleźć?
— Na mapie Szkocji, — objaśnił posłusznie jeździec, a twarz jego przybrała wyraz bardziej głupi niż dotąd.
— Niech Bóg się zlituje nad waszym rozumem, Sir! Co mnie obchodzi Szkocja! — A dokąd jedziecie?
— Do Kalkutty.
— Także mi nieznana. Gdzie leży ta piękna miejscowość?
— W Indjach wschodnich.
— Lack-a-day! Czy chcecie się tego słonecznego popołudnia dostać konno ze Szkocji przez Stany Zjednoczone do Indij wchodnich?
— Dziś niekoniecznie!
— Tak? No, toby nie było tak łatwem! Jesteście więc Englishman?
— Yes!
— Jaki wasz zawód?
— Lord.
— Do stu piorunów! Angielski lord z okrągłem pudłem na kapelusze na głowie! Trzeba się wam dokładniej przyjrzeć! Chodź, uncle! Ten człowiek może nas nie ugryzie! Mam wielką ochotę uwierzyć jego słowom. Albo jest niespełna rozumu, albo to rzeczywiście angielski lord z pięciu hektolitrami spleenu!
Teraz ukazały się na szczycie najbliższego pagórka dwie postacie, leżące dotąd w tratwie; jedna długa, druga bardzo mała. Obie były odziane zupełnie jednakowo, całe w skórze, jak na prawdziwych westmanów przystało; nawet kapelusze z szerokiemi kresami nosili ze skóry. Postać długa stała na pagórku sztywnie, jak słup; mały zaś był garbaty i miał nos krogulczy, którego grzbiet wyglądał ostro jak nóż. Karabiny ich były to bardzo stare, długie „rifles’y“ — strzelby. Garbus oparł swą kolbę o ziemię, a mimo to koniec lufy wystawał o kilka cali nad jego kapelusz. Zdawało się, że przemawia on za obu, bo kiedy długi nie wyrzekł ani słowa, mały mówił dalej:
— Stójcie jeszcze chwilę, master, inaczej strzelamy! Jeszcześmy ze sobą nie skończyli!
— Założymy s|ę? — zapytał Anglik.
— O co?
— O dziesięć, pięćdziesiąt, sto dolarów! Zresztą, jak chcecie!
— O co?
— Że ja was prędzej zastrzelę, niż wy mnie.
— To przegracie!
— Tak myślicie? Well! Stawiajmy więc po sto dolarów!
Sięgnął ręką ku jednej z torb na naboje, przesunął ją naprzód, a otworzywszy, wyciągnął z niej kilka banknotów. Dwaj ludzie, stojący wgórze, spoglądali na siebie zdumieni.
— Master, — zawołał mały — zdaje mi się, że włóczycie się po prerji z kieszenią pełną banknotów!
— A czy mógłbym się zakładać, gdybym nie miał pieniędzy przy sobie? — A więc sto dolarów mówicie? A może chcecie jeszcze więcej postawić?
— My nie mamy wcale pieniędzy!
— To nic nie szkodzi. Ja wam tymczasem pożyczę na tak długo, póki nie będziecie mogli mi oddać. — Powiedział to z takim spokojem, że długi ze ździwienia otwarł szeroko usta, a garbaty zawołał zupełnie zmieszany:
— Nam pożyczyć, aż będziemy mogli zwrócić? Czy jesteście tak pewni, że zakład wygracie?
— Naturalnie!
— Ależ, master! Żeby wygrać, musielibyście zabić nas, nim my was zastrzelimy; zabici jednak nie moglibyśmy wam długu zwrócić!
— To obojętne! Jabym mimo to wygrał, a mam tyle pieniędzy, że waszych nie potrzebuję.
— Uncle! — rzekł mały do długiego, kiwając głową. — Takiego chłopa jeszcze nie widziałem. Musimy zejść ku niemu, aby mu się lepiej przypatrzeć.
Zeszedł szybko z góry, a długi kroczył za nim sztywno, jakby kij połknął. Stanąwszy w dolinie, garbaty odezwał się:
— Schowajcie wasze pieniądze; z zakładu nic nie będzie. Przyjmijcie jednak radę ode mnie: nie pokazujcie tego portfelu nikomu. Moglibyście tego pożałować, a może nawet przypłacić to życiem. Nie wiem doprawdy, co mam o was myśleć i co z wami począć. Zdaje mi się, że w waszej głowie nie wszystko jest w porządku. Musimy was wziąć na próbę. Lecz chodźcie kilka kroków dalej!
Wyciągnął rękę, aby wziąć konia Anglika za uzdę, gdy wtem w obu rękach lorda, błysnęły dwa rewolwery i ten krzyknął krótko surowym tonem:
— Ręce precz, albo strzelam!
Mały cofnął się przerażony i chciał chwycić za swój karabin.
— Puścić! Ani jednego ruchu, inaczej strzelam!
Postawa i twarz Anglika zmieniły się nagle. Nie były już te rysy, jak przedtem, nacechowane głupotą, a oczy jego błyszczały tak wielką inteligencją i energją, że obu przeciwnikom odebrały moc wykrztuszenia choćby jednego słowa.
— Czy myślicie naprawdę, że jestem szalony? — rzekł lord. — Uważacie mnie rzeczywiście za takiego, wobec którego możecie się zachowywać, jakby prerja była tylko waszą własnością? To się mylicie. Dotąd wy pytaliście mnie, a ja odpowiadałem. Teraz jednak ja także chcę wiedzieć, kogo mam przed sobą. Jak się nazywacie i kim jesteście?
Pytanie zwrócone było do małego; ten spojrzał w bystro badające oczy obcego, które wywarły na niego szczególne wrażenie, i odpowiedział napół gniewny, napół zmieszany:
— Jesteście obcym i dlatego nie wiecie, że od Mississippi aż do Frisco[1] znają nas jako uczciwych myśliwych i zastawiaczy sideł. Znajdujemy się teraz w drodze ku górom, aby poszukać jakiego towarzystwa łapaczy bobrów, do których moglibyśmy się przyłączyć,
— Well! A wasze nazwiska?
— Nasze prawdziwe nazwiska nie zdadzą się wam na nic. Mnie nazywają Humply-Billem, ponieważ jestem, niestety, garbatym, — coprawda to z tego powodu nie myślę jeszcze umierać — a ten mój towarzysz znany jest jako Gunstick — Uncle[2], gdyż ustawicznie łazi po świecie tak sztywno, jakby połknął pręt armatni. No, teraz znacie nas i może powiecie także prawdę co do siebie, nie robiąc głupich żartów.
Anglik patrzył na nich wzrokiem przeszywającym, jakby chciał zajrzeć im w głąb serca; potem rysy jego przybrały wyraz przyjazny, wyciągnął z portfelu jakiś papier, rozłożył go, a podając tamtym, odpowiedział:
— Nie żartowałem. Ponieważ uważam was za dzielnych i uczciwych ludzi, to popatrzcie na ten paszport.
Ci obejrzeli papier, przeczytali go i spojrzeli ku sobie; potem długi otworzył oczy i usta jak mógł najszerzej, a mały odezwał się tym razem bardzo przyjaznym tonem:
— Rzeczywiście lord, lord Castlepool! Ależ, mylordzie, czego chcecie na prerji, wasze życie — —
— Pshaw! — przerwał Anglik. — Czego chcę? Poznać prerję i Góry Skaliste, potem zaś dojść do Frisco. Byłem już wszędzie na świecie, a tylko jeszcze Stanów Zjednoczonych nie znam. Lecz chodźcie teraz do waszych koni! Bo myślę, że macie konie, chociaż ich jeszcze nie widziałem.
— Naturalnie, że mamy; stoją tam za pagórkiem, gdzie zatrzymaliśmy się, aby wypocząć.
— To chodźcie za mną!
Sądząc po jego tonie, uważał się za uprawnionego do wydawania im rozkazów. Zsiadł z konia i szedł przodem; za pagórkiem skubały trawę dwa konie tego gatunku, jakie pospolicie nazywa się stępakami, kozłami, a nawet poprostu szkapami. Koń Anglika szedł za swym panem jak pies. Gdy tamte dwa chciały się do niego zbliżyć, zarżał gniewnie i wierzgnął kopytami, aby je od siebie odpędzić.
— A to zjadliwa ropucha, — odezwał się Humply-Bill. Wydaje się nietowarzyski.
— O, nie! — odparł lord. — Tylko wie, że nie zaznajomiłem się jeszcze dobrze z wami i dlatego chce przez pewien czas trzymać się zdala od waszych koni.
— Czyż rzeczywiście taki mądry? Nie widać tego po nim. Wygląda na konia roboczego.
— Oho! Jest to prawdziwy kurdyjski „huzahn“[3], jeśli łaska!
— Tak? A gdzie leży ten kraj?
— Między Persją a Turcją. Tam kupiłem to zwierzę i zabrałem je ze sobą do ojczyzny.
Powiedział to tak obojętnie, jakby przewieźć konia z Kurdystanu do Anglji, a stamtąd dalej do Stanów Zjednoczonych, było równie łatwo, jak kanarka z Harcu do Lasu Turyńskiego. Myśliwi spojrzeli na siebie ukradkiem, lord zaś usadowił się wygodnie na trawie, gdzie przedtem tamci siedzieli. Leżało tam napoczęte udo jelenie; lord wyciągnął nóż, odciął potężny kawałek zaczął jeść, jakby mięso należało jedynie do niego.
— To dobrze! — rzekł garbus. — Tylko żadnych ceremonij na prerji.
— Ja też ich nie robię, — odpowiedział. — Jeśliście wczoraj zdobyli tę pieczeń dla siebie i dla mnie, to tosamo zrobię ja, dziś lub jutro.
— Tak? Myślicie, mylordzie, że jutro będziemy jeszcze razem?
— I jutro i jeszcze dłużej. Załóżmy się! Stawiam dziesięć dolarów, a nawet więcej, jeśli chcecie! — odparł, chwytając za portfel.
— Pozostawcie w spokoju wasze banknoty, — odpowiedział Humply. — Nie zakładamy się.
— To siadajcie przy mnie! Zaraz wam to wyjaśnię.
Obaj usiedli naprzeciw niego. Lord obejrzał ich jeszcze raz badawczo, a potem rzekł:
— Przybyłem w górę Arkanzas i wysiadłem w Mulvane. Chciałem tam nająć jednego lub dwu przewodników, ale nie znalazłem takiego, któryby mi się podobał. Sama hołota! Ruszyłem zatem w drogę, bo powiedziałem sobie, że prawdziwych westmanów znajdę tylko na prerji. Spotkałem was i spodobaliście się mi. Czy pójdziecie ze mną do Frisco?
— Mówicie to tak spokojnie, jakby to była jazda na jeden dzień.
— To jest jazda, a czy potrwa dzień, czy rok, to obojętne.
— Hm, tak, Ale czy macie pojęcie, co może was spotkać w drodze?
— Mam nadzieję, że się dowiem.
— Nie życzcie sobie za wiele. Zresztą nie możemy jechać z wami. Nie jesteśmy tak bogaci, jak wy; my żyjemy z polowania i nie możemy robić wycieczki, mogącej trwać całemi miesiącami.
— Zapłacę wam!
— Tak? No, to możnaby jeszcze o tem pomówić.
— Umiecie strzelać?
Garbus rzucił na lorda spojrzenie prawie obrażone i odpowiedział:
— Myśliwy na prerji i czy umie strzelać! To jeszcze gorsze, niż gdybyście zapytali, czy niedźwiedź gryźć umie. Obie te rzeczy są tak pewne, jak mój garb.
— Chciałbym jednak zrobić próbę. Czy możecie zestrzelić te sępy tam wgórze?
Humply zmierzył okiem wysokość, na jakiej unosiły się ptaki i odrzekł:
— Dlaczego nie? Wy naturalnie nie potraficie tego zrobić waszemi pięknemi flintami tak, jak my.
Wskazał przy tem na konia lorda, u którego siodła wisiały jeszcze karabiny; te były tak oczyszczone, że wyglądały jak nowe, co dla westmana jest wstydem.
— To strzelajcie! — rozkazał lord, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa garbatego.
Ten wstał, złożył się, zmierzył krótko i pocisnął za kurek. Widać było, że jeden z sępów otrzymał postrzał, bo zatrzepotał skrzydłami i próbował się utrzymać w powietrzu, ale daremnie; musiał opaść, najpierw powoli, potem coraz prędzej, a wreszcie ściągnął skrzydła, przycisnął je do ciała i runął z góry na ziemię, jak ciężka bryła.
— No mylord, co powiecie na to? — zapytał strzelec.
— Nieźle! — brzmiała odpowiedź.
— Co? Tylko nieźle? Weźcie pod uwagę tę wysokość i to, że kula trafiła ptaka prosto w serce, bo wszak już wgórze był martwy! Każdy znawca nazwałby ten strzał mistrzowskim.
— Well! Drugi! — skinął lord na drugiego, nie odpowiadając na zarzut garbusa.
Gunstick — Uncle podniósł się sztywno z ziemi, oparł lewą rękę na swym długim riflesie, wniósł prawą jak deklamator, zwrócił oczy w niebo ku drugiemu sępowi i odezwał się patetycznie:
— Krąży orzeł po przestworzach nieba, — patrzy, gdzie się rozciąga ziemi gleba; — czy gdzie nie leży martwe cielę; — ja go jednakże i tak zastrzelę!
Przy wygłaszaniu tych rymów, postawa jego była tak sztywna i kanciasta, jakby manekina. Nie odezwał się dotychczas ani słowem, to też tem większe wrażenie musiał wywołać ten wspaniały wiersz. Tak myślał długi; dlatego opuścił wyciągniętą rękę, zwrócił się ku lordowi i spojrzał na niego w dumnem oczekiwaniu. Anglik oddawna już przybrał swą głupią minę; teraz przez twarz jego przebiegło drgnienie, jakby walczył ze śmiechem lub płaczem.
— Czy słyszeliście dobrze, mylordzie? — zapytał garbaty. — Tak, Gunstick — Uncle jest wykształconym człowiekiem. Był dawniej aktorem, a dotąd jeszcze jest poetą; mówi nadzwyczaj mało, ale gdy raz otworzy usta, to płyną z nich tylko anielskie pienia, to jest rymy.
— Well! — odparł Anglik. — Czy mówi w rymach czy sałatą, to nie moja, tylko jego rzecz; ale czy umie strzelać?
Długiemu poecie wyciągnęły się usta od ucha do ucha i wyrzucił rękę daleko przed siebie, co miało być gestem pogardy; potem podniósł swego riflesa, aby się złożyć, ale opuścił go zaraz, bo stracił stosowną chwilę; podczas jego poetycznego wylewu, samica, przerażona śmiercią swego towarzysza, postanowiła się oddalić. Ptak odleciał już dość daleko.
— Niemożliwe trafić, — rzekł Humply. — Czy nie, uncle?
Zapytany podniósł obie dłonie ku niebu w tę stronę, gdzie widać było sępa i odpowiedział tonem, jakby chciał zmarłych obudzić:
— Niosą go skrzydła hen, w przestwory, — gdzie widać w dali ciemne bory — i ku swej wielkiej radości — uniósł stąd zdrowe swe kości; — a ktoby go chciał zastrzelić, — musiałby lot z nim dzielić!
— Głupstwo! — krzyknął lord. — Czy sądzicie rzeczywiście, że nie można go trafić?
— Tak, sir! — Odpowiedział Humply. — Żaden westman tego już nie dokona.
— Tak?
Kiedy lord wypowiedział to słowo, przez twarz jego przeszło jasne, szybkie jak błyskawica drgnienie. Przystąpił śpiesznie do konia, zdjął z rzemienia jeden ze swych karabinów, odsunął bezpiecznik, złożył się, wycelował, nacisnął kurek, — a wszystko to w jednej chwili, — spuścił sztucer ku ziemi, usiadł, chwycił udo jelenie, aby odciąć z niego jeszcze kawałek, i rzekł:
— No, czy można go było trafić, czy nie?
Na twarzach obu myśliwych pojawił się wyraz najwyższego zdumienia, a nawet podziwu. Ptak został trafiony I to dobrze, bo spadał na ziemię ze zwiększającą się szybkością po linji spiralnej, coraz się zwężającej.
— Wonderful! — zawołał Humply zachwycony. — Mylordzie, jeśli to nie przypadek...
Przerwał, bo obróciwszy się ku Anglikowi, ujrzał, że ten siedzi na ziemi zwrócony plecami w tę stronę, w którą skierował swój strzał mistrzowski. Było to wprost niedowiary!
— Ależ, mylordzie! — podjął. — Obróćcież się przecie! Nie tylko trafiliście tego sępa, ale rzeczywiście zabiliście go!
— Wiem o tem, — odparł englishman i nie oglądając się, wsadził w usta nowy kawałek mięsa.
— Wszak nawet nie patrzyliście na to!
— To niepotrzebne. Moje kule nigdy nie chybiają.
— Jesteście więc człowiekiem, który, przynajmniej co się tyczy strzelania, może zupełnie śmiało mierzyć się z najznakomitszymi westmanami, Winnetou, Old Firehandem lub Old Shatterhandem. Czy nie, uncle?
Sławny wuj — stempel przybrał znowu swą postawę i odpowiedział, gestykulując obu rękami:
— Sępowi na zgon grajmy, — bo strzał był nadzwyczajny, a mojej sławy dzwony...
— I przestań pleść androny! — przerwał Anglik, wpadając w jego ton. — Poco te rymy i krzyki! Chciałem wiedzieć, jakimi strzelcami jesteście. Teraz usiądźcie znowu i pomówmy dalej! A więc pojedziecie ze mną, a ja wam zapłacę za tę podróż. Zrozumiano?
Tamci spojrzeli po sobie, porozumieli się skinieniem głowy i odpowiedzieli zgodnie:
— Tak!
— Well! A ile żądacie?
— Hm! Mylord, wasze pytanie wprawiło nas w kłopot. Jeszcze nigdy nie byliśmy w niczyjej służbie, a o tak zwanej zapłacie wobec scoutów[4], za jakich mamy uchodzić, właściwie nie może być mowy.
— All right! Macie swój honor i to mi się podoba. Może tu być mowa tylko o honorarjum, do którego, gdy będę z was zadowolony, dodam gratyfikację. Przyszedłem na prerję, aby zażyć przygód i zobaczyć sławnych myśliwych; dlatego stawiam wam taką propozycję: za każdą przygodę, którą przeżyjemy, płacę pięćdziesiąt dolarów.
— Sir! — zaśmiał się Humply. — Staniemy się ludźmi bogatymi, bo przygód tu nie brak; dożyć ich można, tak, ale czy przeżyć także, to jest pytanie. My dwaj nie uchylamy się od nich, ale dla obcego byłoby lepiej unikać przygód, zamiast ich szukać.
— Ja ich jednak chcę doświadczyć! Zrozumiano? Chcę się również zetknąć ze słynnymi myśliwymi. Wymieniliście poprzednio trzy nazwiska, o których już wiele słyszałem. Za spotkanie każdego z tych myśliwych płacę sto dolarów!
— Do wszystkich djabłów! Czy macie tyle pieniędzy przy sobie, mylord!
— Mam tyle, ile potrzebuję na drogę. Pieniądze otrzymacie dopiero we Frisco u mojego bankiera. Czy jesteście zadowoleni?
— Tak, bardzo! Tu nasze ręce!
Obaj podali mu ręce, poczem lord przesunął drugą torbę ku przodowi, otworzył ją i wyciągnął książeczkę.
— To jest mój notatnik, w którym wszystko zostaje zapisane, — oświadczył. — Każdemu z was otworzę w nim konto, a nad tem umieszczę jego głowę i nazwisko.
— Jego głowę? — zapytał garbus ździwiony.
— Tak! Głowę! Siedźcie przez chwilę, nie ruszając się, tak, jak teraz. — Otworzył książeczkę i wziął do ręki ołówek. Tamci widzieli, jak naprzemian spoglądał to na nich, to znowu na papier, a przy tem poruszał ołówkiem. Po kilku minutach pokazał im, co narysował; ujrzeli swe twarze, dosyć podobne, a pod niemi nazwiska.
— Na tych kartkach będziemy kolejno umieszczać, co wam będę winien, — oświadczył lord. — Jeśli przydarzy mi się nieszczęście, to zabierzecie tę książeczkę do Frisco i pokażecie ją bankierowi, którego nazwisko tu wypisałem; ten wypłaci wam natychmiast należną sumę bez żadnych potrąceń.
— To bardzo wspaniałe urządzenie, — odparł Humply. — Wprawdzie nie życzymy wam byście — — — Behold, uncle, spojrzyj na nasze konie. Strzygą uszami i otwierają nozdrza. Musi być w pobliżu ktoś obcy. Rolling-prairie jest niebezpieczna. Gdy się znajdziesz na górze, to każdy cię spostrzeże, a zostaniesz na dole, to nie możesz zauważyć zbliżania się nieprzyjaciela. Muszę jednak wejść na górę.
— Ja pójdę z wami, — oświadczył lord.
— Pozostańcie tu lepiej, sir! Moglibyście mi zepsuć sprawę.
— Pshaw! Ja niczego nie psuję.
Poszli więc obaj z doliny ku szczytowi pagórka. Kiedy go już prawie dosięgli, położyli się na ziemi, i poczołgali ostrożnie na górę. Trawa zakrywała ich ciała, a głowy podnosili tylko tyle, ile było koniecznem, aby rozejrzeć się dookoła.
— Hm, jak na nowicjusza, zaczynacie, sir, wcale nieźle, — chwalił Humply. — Ja sam mógłbym zaledwie to lepiej zrobić. Czy widzicie tego człowieka tam na drugim pagórku, wprost przed nami?
— Yes, Indjanin, jak się zdaje.
— Tak, to czerwony. Czyżbym — ah, sir, pobiegnijcie na dół i przynieście waszą perspektywę, byśmy mogli zobaczyć twarz tego człowieka.
Lord usłuchał wezwania.
Indjanin leżał w trawie na pagórku i patrzył uważnie ku wschodowi, gdzie jednak niczego widać nie było. Kilkakrotnie podnosił górną część ciała wyżej, aby rozszerzyć swój widnokrąg, zaraz jednak opuszczał się szybko na ziemię. Jeśli oczekiwał kogo, musiała to być zapewne tylko osoba wroga.
Tymczasem lord przyniósł perspektywę, nastawił ją i podał garbusowi, a właśnie, gdy Humply skierował szkła na Indjanina, ten spojrzał na krótką chwilę wtył tak, że można było zobaczyć twarz jego. Garbus odjął natychmiast lunetę od oczu, zerwał się zupełnie, aby czerwony mógł ze swego stanowiska dojrzeć całą jego postać, przyłożył ręce do ust i zawołał głośno:
— Menaka szecha, menaka szecha! Niech mój brat przyjdzie do swego białego przyjaciela!
Indjanin obrócił się szybko, a poznawszy garbatą postać wołającego, zsunął się błyskawicznie ze szczytu pagórka i znikł w dolinie.
— Teraz, mylordzie, będziecie musieli zaraz zapłacić pierwsze pięćdziesiąt dolarów, — odezwał się Humply do Anglika, schylając się znowu.
— Czy będzie jaka przygoda?
— Bardzo prawdopodobne, bo wódz wypatrywał z pewnością wroga.
— On jest wodzem?
— Tak, to dzielny człowiek, wódz Osagów. Uncle i ja wypaliliśmy z nim fajkę pokoju i braterstwa; jesteśmy więc zobowiązani przyjść mu z pomocą.
— Well, w takim razie chciałbym, żeby oczekiwał nie tylko jednego, ale możliwie sporo przeciwników!
— Nie wywołujcie wilka z lasu! Tego rodzaju życzenia są niebezpieczne, bo się bardzo łatwo spełniają. Chodźmy nadół! Uncle się ucieszy, ale też i ździwi, że wódz znajduje się w tej okolicy.
— Jak nazwaliście czerwonego?
— W języku Osagów „Menaka szecha“, co znaczy „Dobre Słońce“ albo „Wielkie Słońce“. Słońce jest bardzo odważnym i doświadczonym wojownikiem, a przytem przyjacielem białych, chociaż Osagowie należą do nieujarzmionego jeszcze plemienia Siuksów. —
Przyszedłszy nadół, zastali uncle’a w jego sztywnej, teatralnej kreacji; słyszał, co mówili i przybrał tę pozę, aby przywitać swego czerwonego przyjaciela z jak największą godnością. Tymczasem konie zaczęły znów parskać i ukazał się Indjanin. Nosił zwykłą indjańską odzież skórzaną, podartą jednak w kilku miejscach i poplamioną świeżą krwią. Broni nie miał żadnej. Na jego policzkach widniało wytatuowane słońce. Skórę w przegubach obu rąk miał startą; widocznie związano go, lecz zdołał te więzy rozerwać — w każdym razie uciekał ścigany przez wrogów.
Mimo niebezpieczeństwa, które mu groziło i mogło być już blisko, zbliżył się Indjanin bardzo powoli, a nie zwracając początkowo uwagi na Anglika, podał rękę obu myśliwym i rzekł spokojnie najczystszą angielszczyzną:
— Poznałem zaraz głos i postać mojego brata i przyjaciela; cieszę się, że mogę was powitać.
— My cieszymy się również, możesz być tego pewnym, — odpowiedział Humply, a długi uncle, trzymając obie ręce wyciągnięte nad głową czerwonego, jakby go chciał pobłogosławić, zawołał:
— Witaj mi po tysiąc razy, — gdyś zestąpił na te głazy, — wielki wodzu, skarbie mój, — siądź tu przy mnie i nie stój, — i uciąwszy kęs pieczeni — zjedz, usiadłszy, ot na ziemi! — Tu wskazał na trawę, gdzie leżało to, co lord z uda zostawił, mianowicie kość z kilku żyłami, których nawet nożem nie można było przeciąć.
— Cicho, uncle! — nakazał Humply. — Teraz rzeczywiście niema czasu na twoje poezje. Czy nie widzisz, w jakim stanie wódz się znajduje?
— Związany, lecz uwolniony, — umknął szczęściem w nasze strony — i tu będzie ocalony, — odpowiedział złajany deklamując.
Garbus odwrócił się od niego, wskazał na lorda i rzekł do Osagi:
— Ta blada twarz jest mistrzem w strzelaniu, a naszym nowym przyjacielem. Polecam go tobie i twemu szczepowi.
Teraz czerwonoskóry podał także Anglikowi rękę i odpowiedział:
— Jestem przyjacielem każdego dobrego i uczciwego białego; złodzieji, morderców i gwałcicieli jednak, niech pożre mój tomahawk!
— Czy spotkałeś się z tak złymi ludźmi? — Dowiadywał się Humply.
— Tak! Niech moi bracia trzymają swe strzelby w pogotowiu, bo ci, którzy mię tropią, mogą tu zjawić się każdej chwili, chociaż ich dotąd dojrzeć nie mogłem. Oni jadą konno, a ja musiałem iść pieszo, ale nogi „Dobrego Słońca“ są tak szybkie i wytrwałe, jak nogi jelenia, którego żaden koń nie dopędzi. Zrobiłem w ucieczce wiele łuków i zakrętów, a także wracałem często zpowrotem. Oni dybią na moje życie.
— Czy jest ich wielu?
— Tak, jest wielu, wielu ludzi, kilkuset złych mężów, których blade twarze nazywają trampami.
— Trampi? Skąd ci tu się wzięli i czego chcą w tej ustronnej okolicy? Gdzie się znajdują?
— W tym kącie lasu, który nazywa się Osage-nook, a jak my mówimy „narożnik mordu“, ponieważ łam zamordowano podstępnie naszego najsławniejszego wodza wraz z jego dzielnymi wojownikami. Każdego roku, kiedy księżyc wypełni się po raz trzynasty, odwiedza kilku wysłańców naszego szczepu to miejsce, aby przy grobach zabitych bohaterów odprawić taniec śmierci. Tak samo i w tym roku ja z dwunastu wojownikami opuściliśmy nasze pastwiska, aby udać się do Osage-nook. Przybyliśmy tam przedwczoraj i rozbiliśmy obóz przy grobach, a dziś mieliśmy rozpocząć święte obrzędy. Wystawiłem dwie straże, lecz białym mężom udało się niepostrzeżenie podkraść w nasze pobliże. Widzieli zapewne ślady, pozostawione przez nasze stopy i przez kopyta naszych koni i w czasie tańca napadli na nas tak nagle, że zaledwie znaleźliśmy czas do oporu. Byli w sile kilkuset głów; zabiliśmy kilku z nich, a oni zastrzelili ośmiu naszych; mnie i czterech pozostałych pokonali i związali. Powiedzieliśmy się, że dziś wieczór mamy być męczeni i spaleni na stosie. Trampi rozłożyli się obozem przy grobach; rozdzielili mię od moich wojowników, abym nie mógł z nimi rozmawiać, i przywiązali do drzewa. Postawiono przy mnie jednego białego jako strażnika, ale rzemień, którym byłem skrępowany, był dość słaby i rozerwałem go. Wprawdzie werżnął mi się głęboko w ciało, jednak uwolniłem się, a kiedy strażnik na chwilę się oddalił, skorzystałem z tego, aby się pokryjomu wymknąć.
— A twoi czterej towarzysze? — zapytał Bill.
— Ci są tam jeszcze. Czy sadzisz, że powinienem był ich poszukać? Nie byłbym mógł ich uratować i sam zginąłbym wraz z nimi. Postanowiłem pośpieszyć do farmy Butlera, który jest moim przyjacielem, i stamtąd sprowadzić pomoc.
Humply-Bill potrząsnął głową i powiedział:
— Prawie niemożliwe! Z Osage-nook do farmy Butlera jest dobrych sześć godzin konno; na złym koniu trzeba jeszcze znaczniej więcej czasu. Jak możesz więc powrócić stamtąd na wieczór, zanim twoi towarzysze umrą?
— Nogi „Dobrego Słońca“ są równie szybkie jak konia; — odpowiedział wódz pewny siebie. — Moja ucieczka będzie miała ten skutek, że odłożą wykonanie wyroku śmierci i będą się przedewszystkiem starali wszelkiemi siłami schwycić mię napowrót. Pomoc nadeszłaby więc jeszcze w stosownym czasie.
— Ten wniosek może być prawdziwy lub też nie. Dobrze, że spotkałeś się z nami, bo teraz nie potrzebujesz pędzić do farmy Butlera; pójdziemy z tobą, aby ocalić twoich towarzyszy.
— Czy mój biały brat chce rzeczywiście tak uczynić? — zapytał radośnie Indjanin.
— Naturalnie! Jakżeżby inaczej było? Osagowie są przecież naszymi przyjaciółmi, podczas gdy trampi są wrogami każdego uczciwego człowieka.
— Ale jest ich tak dużo, tak bardzo dużo, a my mamy zaledwie osiem rąk.
— Pshaw! Cztery chytre głowy mogą się ważyć na to, by podkraść się pod całą bandę trampów, dla wydobycia z ich rąk kilku jeńców. Co mówisz na to, stary uncle’u?
Sztywny wyciągnął obie ręce, zamknął zachwycony oczy i zawołał:
— Pojadę chętnie, z radością dużą, — tam, gdzie te białe łotry leżą — i bez obawy dla mej przyszłej doli — wyciągnę wszystkich czerwonych z niewoli!
— Pięknie! A wy mylordzie?
Anglik wyjął tymczasem swój notatnik, aby zapisać w nim imię wodza; teraz schował go do kieszeni i odpowiedział:
— Naturalnie, że jadę z wami; przecież to jest przygoda!
— Ale bardzo niebezpieczna, sir!
— Tem lepiej! Za to zapłacę o dziesięć dolarów więcej, a więc sześćdziesiąt. Jeśli jednak chcemy jechać, to musimy postarać się o konia dla „Dobrego Słońca“!
— Hm, takt — odrzekł garbaty, patrząc na niego badawczo. — Ale skąd go weźmiecie, he?
— Naturalnie u jego prześladowców, którzy prawdopodobnie znajdują się niedaleko za nim.
— Bardzo słusznie, bardzo słusznie! Nie jesteście, sir, niezaradnym, i myślę, że możemy z przyjemnością pracować obok siebie. Tylko byłoby przytem pożądanem, żeby nasz czerwony przyjaciel miał jaką broń.
— Odstąpię mu jeden z moich karabinów. Oto jest! Sposób użycia zaraz mu wyjaśnię. A teraz nie traćmy czasu, lecz ustawmy się tak, aby prześladowcy, przyszedłszy tutaj, znaleźli się zamknięci ze wszystkich czterech stron. — Wyraz zdumienia na twarzy małego stawał się coraz wyraźniejszy. Zmierzył Anglika wzrokiem pytającym i odpowiedział:
— Mówicie, sir, jak stary, doświadczony myśliwy! Jakże właściwie mamy to uczynić?
— Bardzo prosto. Jeden z nas pozostanie tutaj na wzgórzu i przywita drabów w taki sposób, jak wy przyjęliście mnie przedtem. Trzej inni zakreślą łuk i wejdą na sąsiednie pagórki. Tak draby znajdą się między czteryma obsadzonemi wzgórzami, a my będziemy ich mogli, w razie potrzeby, zdmuchnąć, podczas gdy oni zauważą tylko dym naszych strzałów.
— Well! Widzę, że niema z wami wiele zmartwienia i bardzo się z tego cieszę. Przyznaję, że chciałem zaproponować zupełnie ten sam plan. Czy zgadzasz się, stary uncle?
— Tak jest! Zostaną otoczeni, — i wszyscy trupem położeni — zadeklamował sztywny.
— Dobrze! Ja więc zostaję, aby do nich przemówić, skoro nadejdą. Mylord pójdzie na prawo, ty na lewo, a wódz umieści się na pagórku tam przed nami. W ten sposób dostaniemy ich między siebie, a czy ich zabijemy czy nie, to zależyć będzie od tego, jak się zachowają. — Jeśli zaś strzelę do którego, będzie to znakiem, że macie strzelać. Oszczędzajcie jednak koni, bo są nam potrzebne. A teraz naprzód, messurs; sądzę, że niema co zwlekać!
Po tych słowach wszedł na pagórek, a również trzej inni zniknęli po obu stronach doliny. Lord zabrał ze sobą perspektywę. — Minęło może już kwadrans, a nie dostrzeżono jeszcze, by się jakaś ludzka istota zbliżała. Nagle z pagórka, na którym leżał Anglik, dał się słyszeć głośny okrzyk:
— Baczność! Nadchodzą!
— Ciszej! — odpowiedział garbaty.
— Pshaw! Nie usłyszą; są prawie o milę.
— Gdzie?
— Wprost na wschód. Zobaczyłem przez lornetę dwu ludzi, stojących na wzgórzu. Patrzą zapewne, czy nie ujrzą gdzie wodza.
Przeszedł znowu jakiś czas w spokoju, nim dały się słyszeć uderzenia kopyt końskich i wreszcie ukazało się dwuch ludzi, jadących obok siebie; byli bardzo dobrze uzbrojeni i siedzieli na dobrych koniach; oczy mieli utkwione bacznie w ślady wodza, którego ścigali. Tuż za nimi ukazało się trzech jeszcze; było więc pięciu prześladowców. Kiedy dotarli do połowy doliny, Bill zawołał:
— Stop, messurs! Ani kroku dalej, albo posłyszycie moją strzelbę! — Tamci zatrzymali się zaskoczeni i spojrzeli w górę, ale nie zobaczyli nikogo, bo garbus leżał głęboko w trawie; jednakże posłuchali tego rozkazu, a jadący przodem odpowiedział:
— Do wszystkich djabłów! Cóż to za opryszki tutaj? Pokażcie się i powiedzcie, jakie macie prawo zatrzymywać nas?
— Prawo każdego myśliwego!
— My jesteśmy także myśliwymi. Jeśliście człowiekiem uczciwym, to się pokażcie!
Trampi wzięli przy tych słowach karabiny do rąk; choć nie wyglądali wcale pokojowo, mimo to Humply odpowiedział:
— Jestem uczciwym człowiekiem i mogę się wam pokazać. Oto jestem!
Zerwał się tak, że mogli zobaczyć całą jego postać; oczy jednak miał bacznie zwrócone na nich.
— Zounds! — zawołał jeden. — Jeśli się nie mylę, to jest to Humply-Bill.
— Tak mię rzeczywiście nazywają.
— To i Gunstik-uncle jest w pobliżu, bo ci dwaj nie rozłączają się nigdy.
— Czy znacie nas?
— To się rozumie; mam zdawna z wami do gadania!
— Ja was jednak nie znam!
— Możliwe; widzieliście mnie zdaleka. Boys, ten drab włazi nam w drogę, a może i zwąchał się z czerwonym. Musimy go sprowadzić niżej!
Zmierzył do małego człowieczka i nacisnął kurek. Bill upadł błyskawicznie, jakby ugodzony kulą.
— Heigh-day, to było dobrze wycelowane! — zawołał drab. — Teraz jeszcze Gun...
Nie dokończył zdania. Bill rzucił się na ziemię, aby nie zostać trafionym; teraz obie lufy jego strzelby błysnęły szybko, a zaraz potem zagrzechotały karabiny trzech innych. Pięciu trampów runęło, a zwycięzcy zeszli w dolinę, aby nie dopuścić do ucieczki koni. Trampów przeszukano.
— Nieźle zrobione, — rzekł Bill. — Ani jeden strzał nie chybił! Śmierć nastąpiła natychmiast.
Wódz Osagów przyglądał się obu ludziom, którym celował w czoło, a widząc małe otwory od kul tuż nad nasadą nosa, zwrócił się do lorda:
— Strzelba mojego brata jest małego kalibru, lecz to niezwykła gun, na której można polegać.
— Tak myślę! — odparł englishman. — Zamówiłem obie te strzelby specjalnie na prerję.
Osaga zwrócił karabin, lecz zrobił przytem minę, z której można było wyczytać jego wielki żal. Zabitym zabrano wszystko, co się mogło przydać, poczem Anglik zapytał:
— Czy teraz do trampów?
— Naturalnie! Znam tę okolicę i wiem, że przed wieczorem nie dostaniemy się do Osage-nook, bo musimy zatoczyć łuk, aby dostać się do lasu poza nimi.
— A te trupy?
— Pozostawimy je poprostu. A może macie ochotę wyprawić tym drabom pogrzeb i zbudować mauzoleum? Niech ich pochowają sępy i kujoty w swych brzuchach!
Konie związano razem, poczem wszyscy dosiedli wierzchowców i ruszyli wprost na północ, by potem zawrócić ku wschodowi. Wódz był przodownikiem. Przez całe popołudnie jechano przez prerję falistą. Kiedy słońce miało się już skryć za horyzontem, ujrzano w oddali ciemny pas lasu. Osaga oświadczył:
— To jest tylna ściana lasu; przednia zgina się ku wewnątrz i tworzy kąt, „róg mordu“. Tam leżą grobowce naszych pomordowanych. Za ćwierć godziny możemy się dostać do obozu trampów.
Na to Bill zatrzymał konia, zeskoczył i, nie mówiąc ani słowa, siadł na trawie. Uncle i Indjanin poszli za tym przykładem. Wobec tego i englishman zsiadł, lecz zapytał:
— Myślę, że nie powinniśmy tracić czasu. Jak uwolnimy Osagów, jeśli będziemy siedzieli tutaj z założonemi rękami?
— Źleście powiedzieli, sir! — odpowiedział garbaty. — Czy sądzicie, że trampi będą siedzieć spokojnie w swoim obozie?
— Chyba nie!
— Z wszelką pewnością nie! Muszą przecież jeść, a w tym celu będą polować. Będą więc włóczyć się po lesie, który w tem miejscu, gdzie do niego wejdziemy, ma szerokości co najwyżej kwadrans drogi i należy się spodziewać, że właśnie tam znajdą się ludzie, którzyby nas zobaczyli. Musimy więc poczekać, aż się ściemni; wtedy wszyscy drabi ściągną do boru, a my będziemy mogli dostać się niepostrzeżenie do lasu. Czy zgadzacie się?
— Well! — skinął lord, siadając teraz również. — Nie myślałem, że mogę być taki głupi!
— Tak! Wpadlibyście tym włóczęgom prosto w ręce, a uncle i ja musielibyśmy nosić wasz notatnik aż do Frisco, za co nie danoby nam ani dolara.
— Nie dano? Dlaczego?
— Bośmy naszej przygody nie przeżyli jeszcze!
— Przeżyliśmy! Już się skończyła i została wciągnięta. — Spotkanie z wodzem i zastrzelenie pięciu trampów było całą przygodą, za pięćdziesiąt dolarów. Już jest w notatniku zapisane; uwolnienie Osagów jest nową przygodą.
— Także za pięćdziesiąt dolarów?
— Yes!
— No, to notujcie tylko ciągle, sir! — śmiał się Bill. — Jeżeli każde zdarzenie rozkładacie na tyle podprzygód, to zapłacicie nam we Frisco taką sumę, że nie będziecie wiedzieć, skąd wziąć pieniędzy!
Lord uśmiechnął się lekko:
— Wystarczy! Mogę wam zapłacić, nie będąc zmuszonym do sprzedawania zamku Castlepool. —
Słońce wreszcie zaszło, a przez dolinę przemykały już cienie mroku, podnosiły się coraz wyżej, zalały także pagórki, a wreszcie osłoniły całą ziemię ponurą szatą. Niebo było ciemne i bez gwiazd.
Teraz ruszono w drogę; ale nie dojechano do samego lasu. Ostrożność nakazywała pozostawić zwierzęta na miejscu otwartem; drewniane paliki, które wbija się w ziemię, aby uwiązać do nich konie, nosi każdy westman ze sobą. W taki też sposób przywiązano zwierzęta i zwrócono się potem gęsiego ku lasowi.
Czerwonoskóry szedł przodem. Stopy jego dotykały ziemi tak cicho, że ucho nie mogło dosłyszeć żadnego szmeru. Lord, idący za nim, zadawał sobie wiele trudu, aby iść równie niedosłyszalnie. Wokoło nie było nic słychać, jak tylko lekki wiaterek, który poruszał wierzchołki drzew. — — Teraz Osaga chwycił Anglika za prawą rękę i szepnął:
— Niech mój brat poda rękę następnemu, aby blade twarze tworzyły łańcuch, który ja poprowadzę.
Macając przed sobą wyciągniętą ręką, drugą ciągnął za sobą białych. Tak szli przez dłuższy czas. Wkońcu wódz stanął i szepnął:
— Niech moi bracia słuchają! Głosy trampów!
Rzeczywiście usłyszeli rozmowę, choć w wielkiej odległości, tak, że słów nie można było zrozumieć. Po kilku jeszcze krokach spostrzeżono słaby blask.
— Niech moi bracia zaczekają, aż powrócę — powiedział Słońce i natychmiast pomknął naprzód.
Minęło pewnie przeszło pół godziny, zanim powrócił, a nikt nie widział, ani nie słyszał jego przyjścia; tak nagle wychylił się przed nimi, jakby wyrósł z pod ziemi.
— No? — zapytał Bill. — Co nam powiesz?
— Że więcej trampów przyszło, znacznie więcej.
— Do licha! Czy draby myślą odbywać tu meeting? Wtedy biada farmerom tej okolicy! Czy coś słyszałeś?
— Rozpalono kilka ognisk i cały plac był oświetlony, a trampi utworzyli koło, w którem stała jakaś blada twarz z czerwonemi włosami i przemawiała długo i bardzo głośno. Uwaga moja jednak zwrócona była na to, aby odszukać czerwonych braci, i dlatego zapamiętałem bardzo mało z tego, co tramp mówił. Wiem tylko, że obiecywał im, iż bardzo prędko się wzbogacą, jeżeli pójdą za jego radą i ograbią bogatych.
— Cóż jeszcze?
— Nie zważałem dobrze na jego słowa. Wspominał o jakiejś wielkiej pełnej kasie kolejowe, którą chcą opróżnić. Potem jednak nie słuchałem więcej, bo zobaczyłem miejsce, w którem znajdują się moi czerwoni bracia.
— Gdzież to jest?
— Przy mniejszem ognisku. Stoją przywiązani do drzewa, a przy każdym z nich siedzi tramp, pilnując go.
— To niełatwo tam się zakraść?
— Można. Mógłbym nawet sam rozciąć ich więzy, ale chciałem wpierw sprowadzić moich białych braci. Poczołgałem się jednak do moich wojowników i powiedziałem im, że będą uratowani.
— Ci trampi nie są wcale westmanami! Jest to przecież wielką głupotą nie umieszczać jeńców w środku obozu. Zaprowadź nas do nich.
Prowadzona przez wodza czwórka przemykała się od drzewa do drzewa, starając się przytem pozostać, o ile możności, w cieniu pni. Tak zbliżyli się szybko do obozu, w którym naliczyli teraz osiem ognisk. Najmniejsze płonęło w samym środku kąta, bardzo blisko drzew, i tam wódz skierował swe kroki. Raz zatrzymał się na krótko i szepnął do białych:
— Teraz siedzi przy tem ognisku kilka bladych twarzy. Przedtem nie było przy niem nikogo. Mąż z czerwonemi włosami jest tam także. Ci ludzie są, jak się zdaje, przywódcami. Czy widzicie o kilka kroków dalej, przy drzewach, moich Osagów?
— Tak, — odpowiedział garbus. — Rudy przestał przemawiać i teraz te draby siedzą zdala od innych, zapewne dla narady. Będzie więc bardzo ważnem dowiedzieć się, co zamierzają. Tak wielu trampów nie zgromadziło się tu dla drobnostki Szczęściem pod drzewami jest kilka krzaków. Poczołgam się więc, aby podsłuchać, o czem rozmawiają.
— Niech mój brat tego nie czyni, — ostrzegał wódz.
— Dlaczego? Czy myślisz, że dam się schwytać?
— Nie! Ja wiem, że mój brat zna się dobrze na podkradaniu, ale mogliby go jednak zobaczyć.
— Zobaczyć, ale nie schwytać!
— Tak. Mój brat ma lekkie nogi i potrafi szybko uciec, ale wówczas będzie dla nas niemożliwem uwolnić Osagów.
— Nie. Powalimy strażników i rozetniemy Osagom więzy; a potem szybko przez las i do koni. Chciałbym zobaczyć trampa, któryby nam przeszkodził! A więc poczołgam się. — Jeśli mię zauważą, to skoczcie szybko do jeńców. Stać się nam nic nie może. Tu moja strzelba uncle.
Oddawszy towarzyszowi strzelbę, położył się na ziemi i poczołgał ku ognisku. Celu swego dopiął znacznie łatwiej, niż myślał. Trampi bowiem rozmawiali tak głośno, że Bill zatrzymał się prawie w pół drogi, a mimo to słyszał każde słowo.
Wódz nie pomylił się, sądząc, że czterej ludzie, siedzący przy małem ognisku, są przywódcami. Jednym z nich, owym z czerwoną głową, był kornel Brinkley, który z kilku swymi ludźmi, zbiegłymi przed rafterami, przybył do obozu tego dnia pod wieczór. Właśnie przemawiał w tej chwili, a Humply-Bill słyszał jego słowa:
— Mogę wam przyrzec, że wynik będzie nadzwyczajny, bo tam znajduje się główna kasa. Zgadzacie się więc?
— Tak, tak! — odpowiedzieli pozostali.
— A co jest z farmą Butlera? Czy chcecie ją napaść razem ze mną, czy też mam to zrobić na własną rękę?
— Idziemy naturalnie z tobą! — oświadczył jeden. — Nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy pozwolić, żeby pieniądze wpadły jedynie do twojej kieszeni. Pytanie tylko, czy rafterzy się tam znajdują?
— Jeszcze nie. Rafterzy nie mieli koni, podczas gdy ja zaraz następnego dnia zdobyłem dobrego kłusaka. Nie mogą zatem być już na farmie. Ale Butler jest i pozatem dość bogaty. Napadniemy na farmę, złupimy ją, a potem będziemy spokojnie oczekiwać przybycia rafterów i tych łotrów, którzy nimi dowodzą.
— Czy wiesz na pewno, że przyjdą?
— Z wszelką pewnością. Ten Old Firehand ma tam przybyć ze względu na inżyniera, który zapewne już kawał czasu na niego oczekuje.
— Jakiego inżyniera? Co to za interes?
— Nic! To jest sprawa dla was zupełnie obojętna. Może opowiem wam o tem innym razem. A może was wezmę jeszcze i do innej sprawy, przy której będzie można zarobić pieniędzy w bród.
— Gadasz zagadkami! Otwarcie mówiąc, wolałbym z tym Old Firehandem nie mieć nic do czynienia.
— Głupstwo! Cóż nam może zrobić? Pomyśl tylko, że nas jest czterystu chłopców, którzyby z djabłem nie wahali się zadrzeć.
— Mm, to prawda. A kiedy ruszamy?
— Jutro po południu, tak żebyśmy do farmy dostali się wieczorem. Jest spora i da ładny ogień, przy którym uwędzimy niejedną pieczeń.
Humply-Bill słyszał dosyć; powrócił do towarzyszy i wezwał ich, aby udali się teraz na oswobodzenie Osagów. Zdaniem jego każdy z nich miał podkraść się do jednego jeńca, lecz wódz przerwał mu:
— To, co teraz trzeba zrobić, jest rzeczą nie białych, lecz czerwonych mężów. Pójdę sam, a moi bracia skoczą mi na pomoc tylko wtedy, gdyby mnie zauważono.
Po tych słowach poczołgał się ku Osagom.
— Co wódz zamierza zrobić? — zapytał cicho Anglik.
— Figiel — odpowiedział Bill. — Patrzcie tylko uważnie, gdzie stoją jeńcy Jeśli się nie uda, to popędzimy z pomocą. — Trzeba nam będzie tylko przeciąć rzemienie, a potem pędem do koni.
Lord posłuchał wezwania. Ognisko, przy którem siedzieli dowódcy trampów, znajdowało się może o dziesięć kroków od skraju lasu, gdzie stały drzewa, do których przywiązano jeńców. Obok każdego z nich siedział albo leżał uzbrojony strażnik. Englishman natężał oczy, chcąc zobaczyć wodza, ale napróżno; widział tylko, że jeden z siedzących strażników położył się teraz i to ruchem tak szybkim, jak gdyby upadł. Także trzej pozostali poruszyli się pokolei i, dziwnym trafem, głowy ich znalazły się w cieniu, rzucanym przez drzewa. Przy tem nie było słychać żadnego dźwięku, ani nawet najlżejszego szmeru.
Minęła znowu krótka chwila, a potem lord zobaczył wodza pomiędzy sobą a Billem na ziemi.
— Gotów? — Zapytał Humply.
— Tak, — odpowiedział czerwonoskóry.
— A przecież twoi Osagowie są jeszcze skrępowani! — szepnął do niego lord.
— Nie. Czekają tylko w tej samej postawie, aż się z wami rozmówię. Mój nóż ugodził strażników w samo serce, a potem zabrałem im skalpy. Teraz wrócę jeszcze do nich, aby pójść z moimi czerwonymi braćmi do koni trampów, przy których i nasze się także znajdują. Ponieważ wszystko poszło tak dobrze, nie odejdziemy, nie odebrawszy swoich koni.
— Dlaczego narażać się jeszcze i na to niebezpieczeństwo, — ostrzegał Bill.
— Mój biały brat myli się. Teraz niema już żadnego niebezpieczeństwa. Skoro zobaczycie, że Osagowie zniknęli z pod drzew, odejdziecie stąd. — Wkrótce potem usłyszycie tętent koni i krzyk trampów. Zejdziemy się w miejscu, gdzieśmy poprzednio się zatrzymali. Howgh!
Tem ostatniem słowem chciał dać do zrozumiem, że wszelki sprzeciw jest daremny; potem się oddalił. Lord patrzył na jeńców; ci stali oparci sztywno o drzewa, aż nagle zniknęli w jednej chwili, jakby się w ziemię zapadli.
Wonderful! — szepnął zachwycony do garbusa. — Zupełnie jak w romansie!
— Hm! — odpowiedział mały. — Przeżyjecie u nas jeszcze niejeden romans; chociaż czytać jest je łatwiej, niż przeżyć samemu.
— Czy idziemy?
— Jeszcze nie. Chciałbym widzieć miny tych drabów, gdy spostrzegą ucieczkę. Czekajmy jeszcze chwilę.
Nie upłynęło wiele czasu, gdy z drugiej strony obozu rozległ się głośny krzyk trwogi; odpowiedział mu drugi, poczem nastąpiło kilka przeraźliwych okrzyków, po których łatwo było poznać, że pochodzą z gardeł indjańskich, — wreszcie dało się słyszeć parskanie, tętent, rżenie i dudnienie, tak, iż się zdawało, że ziemia drży.
Trampi zerwali się. Każdy krzyczał, wrzeszczał i pytał, co się stało. Nagle rozległ się głos rudego kornela:
— Osagowie uciekli! Do wszystkich djabłów! Kto ich...
Przerwał przerażony, gdyż mówiąc te słowa, skoczył do strażników i chwycił jednego, aby go podnieść; lecz spostrzegł jego szkliste oczy i krwawą, pozbawioną włosów, czaszkę. Pociągnął więc drugiego, trzeciego, czwartego ku światłu ogniska i krzyknął straszliwie:
— Zabici! Oskalpowani! Wszyscy czterej! A czerwoni uciekli!
— Indjanie! Indjanie! — rozległo się w tej chwili od strony, w której stały konie.
— Za broń! Do koni! — ryczał kornel. — Zostaliśmy napadnięci. Chcą nam konie ukraść!
Nastąpiło teraz straszne zamieszanie. Wszyscy biegali w popłochu, choć nieprzyjaciela nie było widać. Dopiero kiedy po dłuższym czasie nieco się uspokoiło, okazało się, że brakło tylko złupionych koni Indjan. Teraz przeszukano okolicę obozu, lecz bez żadnego skutku. Trampi przyszli więc do przekonania, że w lesie znajdowali się jeszcze inni Osagowie i ci podkradli się, aby uwolnić swych towarzyszów, a przytem zakłuwszy strażników, oskalpowali ich i uprowadzili konie, zabrane jeńcom. Trudnem jednak było do pojęcia dla trampów, że zamordowanie strażników odbyło się bez żadnego szmeru. Dziwiliby się jeszcze bardziej, gdyby wiedzieli, że tylko jeden człowiek dokonał tego.
Kiedy przywódcy zebrali się znowu dookoła ogniska, odezwał się kornel:
— To zajście nie stanowi wprawdzie żadnego nieszczęścia, ale zmusza nas do zmiany planu. Musimy jutro ruszyć stąd już bardzo wcześnie.
— Dlaczego? — zapytano.
— Ponieważ Osagowie słyszeli wszystko, o czem rozmawiano. Prawdziwe szczęście, że nie wiedzą nic o naszych zamiarach, co do Eagle-tail, bo o tem mówiliśmy nie tutaj, lecz poprzednio przy dużem ognisku. Wiedzą jednak, jakie mamy plany co do farmy Butlera.
— Czy myślisz, że nas zdradzą?
— Naturalnie!
— Czyżby te łotry były zaprzyjaźnione z Butlerem?
— Zaprzyjaźnieni czy nie, to doniosą mu o tem, aby się na nas pomścić i zgotować nam gorące przyjęcie.
— Racja! Wyruszymy rano! — Chciałbym tylko wiedzieć, gdzie siedzą nasi ludzie, którzy ścigali wodza?
— Dla mnie to także niepojęte! Gdyby Osaga szukał schronienia w lesie, to znaleźć byłoby go ciężko, a nawet niemożliwe; ślad jego jednak prowadzi na prerję, a konia nie miał. Musieli go chyba pochwycić.
— Z pewnością. Ale w drodze powrotnej pewnie ich noc zaskoczyła i może rozłożyli się obozem, żeby nie zbłądzić, i jutro rano natkniemy się na nich. W każdym razie znajdziemy ich ślady, bo poszli w tym samym kierunku, którego musimy się i my trzymać. —

Jednakże mówiący był w błędzie. Niebo, a raczej chmury postarały się o to, żeby wszelkie ślady zostały zatarte, bo wkrótce spadł gwałtowny deszcz, trwający przez kilka godzin, który zatarł ślady, tak ludzi jak i koni.





Przypisy

  1. San Francisco.
  2. Stempel.
  3. Ogier.
  4. Przewodnik, wynajdywacz ścieżek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.