Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Naturalnie, że mamy; stoją tam za pagórkiem, gdzie zatrzymaliśmy się, aby wypocząć.
— To chodźcie za mną!
Sądząc po jego tonie, uważał się za uprawnionego do wydawania im rozkazów. Zsiadł z konia i szedł przodem; za pagórkiem skubały trawę dwa konie tego gatunku, jakie pospolicie nazywa się stępakami, kozłami, a nawet poprostu szkapami. Koń Anglika szedł za swym panem jak pies. Gdy tamte dwa chciały się do niego zbliżyć, zarżał gniewnie i wierzgnął kopytami, aby je od siebie odpędzić.
— A to zjadliwa ropucha, — odezwał się Humply-Bill. Wydaje się nietowarzyski.
— O, nie! — odparł lord. — Tylko wie, że nie zaznajomiłem się jeszcze dobrze z wami i dlatego chce przez pewien czas trzymać się zdala od waszych koni.
— Czyż rzeczywiście taki mądry? Nie widać tego po nim. Wygląda na konia roboczego.
— Oho! Jest to prawdziwy kurdyjski „huzahn“[1], jeśli łaska!
— Tak? A gdzie leży ten kraj?
— Między Persją a Turcją. Tam kupiłem to zwierzę i zabrałem je ze sobą do ojczyzny.

Powiedział to tak obojętnie, jakby przewieźć konia z Kurdystanu do Anglji, a stamtąd dalej do Stanów Zjednoczonych, było równie łatwo, jak kanarka z Harcu do Lasu Turyńskiego. Myśliwi spojrzeli na siebie ukradkiem, lord zaś usadowił się wygodnie na trawie, gdzie przedtem tamci siedzieli. Leżało tam napoczęte udo jelenie; lord wyciągnął nóż, odciął potężny kawałek

  1. Ogier.