Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaczął jeść, jakby mięso należało jedynie do niego.
— To dobrze! — rzekł garbus. — Tylko żadnych ceremonij na prerji.
— Ja też ich nie robię, — odpowiedział. — Jeśliście wczoraj zdobyli tę pieczeń dla siebie i dla mnie, to tosamo zrobię ja, dziś lub jutro.
— Tak? Myślicie, mylordzie, że jutro będziemy jeszcze razem?
— I jutro i jeszcze dłużej. Załóżmy się! Stawiam dziesięć dolarów, a nawet więcej, jeśli chcecie! — odparł, chwytając za portfel.
— Pozostawcie w spokoju wasze banknoty, — odpowiedział Humply. — Nie zakładamy się.
— To siadajcie przy mnie! Zaraz wam to wyjaśnię.
Obaj usiedli naprzeciw niego. Lord obejrzał ich jeszcze raz badawczo, a potem rzekł:
— Przybyłem w górę Arkanzas i wysiadłem w Mulvane. Chciałem tam nająć jednego lub dwu przewodników, ale nie znalazłem takiego, któryby mi się podobał. Sama hołota! Ruszyłem zatem w drogę, bo powiedziałem sobie, że prawdziwych westmanów znajdę tylko na prerji. Spotkałem was i spodobaliście się mi. Czy pójdziecie ze mną do Frisco?
— Mówicie to tak spokojnie, jakby to była jazda na jeden dzień.
— To jest jazda, a czy potrwa dzień, czy rok, to obojętne.
— Hm, tak, Ale czy macie pojęcie, co może was spotkać w drodze?
— Mam nadzieję, że się dowiem.
— Nie życzcie sobie za wiele. Zresztą nie możemy