Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jechać z wami. Nie jesteśmy tak bogaci, jak wy; my żyjemy z polowania i nie możemy robić wycieczki, mogącej trwać całemi miesiącami.
— Zapłacę wam!
— Tak? No, to możnaby jeszcze o tem pomówić.
— Umiecie strzelać?
Garbus rzucił na lorda spojrzenie prawie obrażone i odpowiedział:
— Myśliwy na prerji i czy umie strzelać! To jeszcze gorsze, niż gdybyście zapytali, czy niedźwiedź gryźć umie. Obie te rzeczy są tak pewne, jak mój garb.
— Chciałbym jednak zrobić próbę. Czy możecie zestrzelić te sępy tam wgórze?
Humply zmierzył okiem wysokość, na jakiej unosiły się ptaki i odrzekł:
— Dlaczego nie? Wy naturalnie nie potraficie tego zrobić waszemi pięknemi flintami tak, jak my.
Wskazał przy tem na konia lorda, u którego siodła wisiały jeszcze karabiny; te były tak oczyszczone, że wyglądały jak nowe, co dla westmana jest wstydem.
— To strzelajcie! — rozkazał lord, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa garbatego.
Ten wstał, złożył się, zmierzył krótko i pocisnął za kurek. Widać było, że jeden z sępów otrzymał postrzał, bo zatrzepotał skrzydłami i próbował się utrzymać w powietrzu, ale daremnie; musiał opaść, najpierw powoli, potem coraz prędzej, a wreszcie ściągnął skrzydła, przycisnął je do ciała i runął z góry na ziemię, jak ciężka bryła.
— No mylord, co powiecie na to? — zapytał strzelec.
— Nieźle! — brzmiała odpowiedź.