Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skoro nadejdą. Mylord pójdzie na prawo, ty na lewo, a wódz umieści się na pagórku tam przed nami. W ten sposób dostaniemy ich między siebie, a czy ich zabijemy czy nie, to zależyć będzie od tego, jak się zachowają. — Jeśli zaś strzelę do którego, będzie to znakiem, że macie strzelać. Oszczędzajcie jednak koni, bo są nam potrzebne. A teraz naprzód, messurs; sądzę, że niema co zwlekać!
Po tych słowach wszedł na pagórek, a również trzej inni zniknęli po obu stronach doliny. Lord zabrał ze sobą perspektywę. — Minęło może już kwadrans, a nie dostrzeżono jeszcze, by się jakaś ludzka istota zbliżała. Nagle z pagórka, na którym leżał Anglik, dał się słyszeć głośny okrzyk:
— Baczność! Nadchodzą!
— Ciszej! — odpowiedział garbaty.
— Pshaw! Nie usłyszą; są prawie o milę.
— Gdzie?
— Wprost na wschód. Zobaczyłem przez lornetę dwu ludzi, stojących na wzgórzu. Patrzą zapewne, czy nie ujrzą gdzie wodza.
Przeszedł znowu jakiś czas w spokoju, nim dały się słyszeć uderzenia kopyt końskich i wreszcie ukazało się dwuch ludzi, jadących obok siebie; byli bardzo dobrze uzbrojeni i siedzieli na dobrych koniach; oczy mieli utkwione bacznie w ślady wodza, którego ścigali. Tuż za nimi ukazało się trzech jeszcze; było więc pięciu prześladowców. Kiedy dotarli do połowy doliny, Bill zawołał:
— Stop, messurs! Ani kroku dalej, albo posłyszycie moją strzelbę! — Tamci zatrzymali się zaskoczeni i spoj-