Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzeli w górę, ale nie zobaczyli nikogo, bo garbus leżał głęboko w trawie; jednakże posłuchali tego rozkazu, a jadący przodem odpowiedział:
— Do wszystkich djabłów! Cóż to za opryszki tutaj? Pokażcie się i powiedzcie, jakie macie prawo zatrzymywać nas?
— Prawo każdego myśliwego!
— My jesteśmy także myśliwymi. Jeśliście człowiekiem uczciwym, to się pokażcie!
Trampi wzięli przy tych słowach karabiny do rąk; choć nie wyglądali wcale pokojowo, mimo to Humply odpowiedział:
— Jestem uczciwym człowiekiem i mogę się wam pokazać. Oto jestem!
Zerwał się tak, że mogli zobaczyć całą jego postać; oczy jednak miał bacznie zwrócone na nich.
— Zounds! — zawołał jeden. — Jeśli się nie mylę, to jest to Humply-Bill.
— Tak mię rzeczywiście nazywają.
— To i Gunstik-uncle jest w pobliżu, bo ci dwaj nie rozłączają się nigdy.
— Czy znacie nas?
— To się rozumie; mam zdawna z wami do gadania!
— Ja was jednak nie znam!
— Możliwe; widzieliście mnie zdaleka. Boys, ten drab włazi nam w drogę, a może i zwąchał się z czerwonym. Musimy go sprowadzić niżej!
Zmierzył do małego człowieczka i nacisnął kurek. Bill upadł błyskawicznie, jakby ugodzony kulą.
— Heigh-day, to było dobrze wycelowane! — zawołał drab. — Teraz jeszcze Gun...