Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hm, takt — odrzekł garbaty, patrząc na niego badawczo. — Ale skąd go weźmiecie, he?
— Naturalnie u jego prześladowców, którzy prawdopodobnie znajdują się niedaleko za nim.
— Bardzo słusznie, bardzo słusznie! Nie jesteście, sir, niezaradnym, i myślę, że możemy z przyjemnością pracować obok siebie. Tylko byłoby przytem pożądanem, żeby nasz czerwony przyjaciel miał jaką broń.
— Odstąpię mu jeden z moich karabinów. Oto jest! Sposób użycia zaraz mu wyjaśnię. A teraz nie traćmy czasu, lecz ustawmy się tak, aby prześladowcy, przyszedłszy tutaj, znaleźli się zamknięci ze wszystkich czterech stron. — Wyraz zdumienia na twarzy małego stawał się coraz wyraźniejszy. Zmierzył Anglika wzrokiem pytającym i odpowiedział:
— Mówicie, sir, jak stary, doświadczony myśliwy! Jakże właściwie mamy to uczynić?
— Bardzo prosto. Jeden z nas pozostanie tutaj na wzgórzu i przywita drabów w taki sposób, jak wy przyjęliście mnie przedtem. Trzej inni zakreślą łuk i wejdą na sąsiednie pagórki. Tak draby znajdą się między czteryma obsadzonemi wzgórzami, a my będziemy ich mogli, w razie potrzeby, zdmuchnąć, podczas gdy oni zauważą tylko dym naszych strzałów.
— Well! Widzę, że niema z wami wiele zmartwienia i bardzo się z tego cieszę. Przyznaję, że chciałem zaproponować zupełnie ten sam plan. Czy zgadzasz się, stary uncle?
— Tak jest! Zostaną otoczeni, — i wszyscy trupem położeni — zadeklamował sztywny.
— Dobrze! Ja więc zostaję, aby do nich przemówić,