Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze w stosownym czasie.
— Ten wniosek może być prawdziwy lub też nie Dobrze, że spotkałeś się z nami, bo teraz nie potrzebujesz pędzić do farmy Butlera; pójdziemy z tobą, aby ocalić twoich towarzyszy.
— Czy mój biały brat chce rzczywiście tak uczynić? — zapytał radośnie Indjanin.
— Naturalnie! Jakżeżby inaczej było? Osagowie są przecież naszymi przyjaciółmi, podczas gdy trampi są wrogami każdego uczciwego człowieka.
— Ale jest ich tak dużo, tak bardzo dużo, a my mamy zaledwie osiem rąk.
— Pshaw! Cztery chytre głowy mogą się ważyć na to, by podkraść się pod całą bandę trampów, dla wydobycia z ich rąk kilku jeńców. Co mówisz na to, stary uncle’u?
Sztywny wyciągnął obie ręce, zamknął zachwycony oczy i zawołał:
— Pojadę chętnie, z radością dużą, — tam, gdzie te białe łotry leżą — i bez obawy dla mej przyszłej doli — wyciągnę wszystkich czerwonych z niewoli!
— Pięknie! A wy mylordzie?
Anglik wyjął tymczasem swój notatnik, aby zapisać w nim imię wodza; teraz schował go do kieszeni i odpowiedział:
— Naturalnie, że jadę z wami; przecież to jest przygoda!
— Ale bardzo niebezpieczna, sir!
— Tem lepiej! Za to zapłacę o dziesięć dolarów więcej, a więc sześćdziesiąt. Jeśli jednak chcemy jechać, to musimy postarać się o konia dla „Dobrego Słońca“!