Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wezwał ich, aby udali się teraz na oswobodzenie Osagów. Zdaniem jego każdy z nich miał podkraść się do jednego jeńca, lecz wódz przerwał mu:
— To, co teraz trzeba zrobić, jest rzeczą nie białych, lecz czerwonych mężów. Pójdę sam, a moi bracia skoczą mi na pomoc tylko wtedy, gdyby mnie zauważono.
Po tych słowach poczołgał się ku Osagom.
— Co wódz zamierza zrobić? — zapytał cicho Anglik.
— Figiel — odpowiedział Bill. — Patrzcie tylko uważnie, gdzie stoją jeńcy Jeśli się nie uda, to popędzimy z pomocą. — Trzeba nam będzie tylko przeciąć rzemienie, a potem pędem do koni.
Lord posłuchał wezwania. Ognisko, przy którem siedzieli dowódcy trampów, znajdowało się może o dziesięć kroków od skraju lasu, gdzie stały drzewa, do których przywiązano jeńców. Obok każdego z nich siedział albo leżał uzbrojony strażnik. Englishman natężał oczy, chcąc zobaczyć wodza, ale napróżno; widział tylko, że jeden z siedzących strażników położył się teraz i to ruchem tak szybkim, jak gdyby upadł. Także trzej pozostali poruszyli się pokolei i, dziwnym trafem, głowy ich znalazły się w cieniu, rzucanym przez drzewa. Przy tem nie było słychać żadnego dźwięku, ani nawet najlżejszego szmeru.
Minęła znowu krótka chwila, a potem lord zobaczył wodza pomiędzy sobą a Billem na ziemi.
— Gotów? — Zapytał Humply.
— Tak, — odpowiedział czerwonoskóry.
— A przecież twoi Osagowie są jeszcze skrępowani! — szepnął do niego lord.
— Nie. Czekają tylko w tej samej postawie, aż się