Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A co jest z farmą Butlera? Czy chcecie ją napaść razem ze mną, czy też mam to zrobić na własną rękę?
— Idziemy naturalnie z tobą! — oświadczył jeden. — Nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy pozwolić, żeby pieniądze wpadły jedynie do twojej kieszeni. Pytanie tylko, czy rafterzy się tam znajdują?
— Jeszcze nie. Rafterzy nie mieli koni, podczas gdy ja zaraz następnego dnia zdobyłem dobrego kłusaka. Nie mogą zatem być już na farmie. Ale Butler jest i pozatem dość bogaty. Napadniemy na farmę, złupimy ją, a potem będziemy spokojnie oczekiwać przybycia rafterów i tych łotrów, którzy nimi dowodzą.
— Czy wiesz na pewno, że przyjdą?
— Z wszelką pewnością. Ten Old Firehand ma tam przybyć ze względu na inżyniera, który zapewne już kawał czasu na niego oczekuje.
— Jakiego inżyniera? Co to za interes?
— Nic! To jest sprawa dla was zupełnie obojętna. Może opowiem wam o tem innym razem. A może was wezmę jeszcze i do innej sprawy, przy której będzie można zarobić pieniędzy w bród.
— Gadasz zagadkami! Otwarcie mówiąc, wolałbym z tym Old Firehandem nie mieć nic do czynienia.
— Głupstwo! Cóż nam może zrobić? Pomyśl tylko, że nas jest czterystu chłopców, którzyby z djabłem nie wahali się zadrzeć.
— Mm, to prawda. A kiedy ruszamy?
— Jutro po południu, tak żebyśmy do farmy dostali się wieczorem. Jest spora i da ładny ogień, przy którym uwędzimy niejedną pieczeń.
Humply-Bill słyszał dosyć; powrócił do towarzyszy