Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się tu dla drobnostki Szczęściem pod drzewami jest kilka krzaków. Poczołgam się więc, aby podsłuchać, o czem rozmawiają.
— Niech mój brat tego nie czyni, — ostrzegał wódz.
— Dlaczego? Czy myślisz, że dam się schwytać?
— Nie! Ja wiem, że mój brat zna się dobrze na podkradaniu, ale mogliby go jednak zobaczyć.
— Zobaczyć, ale nie schwytać!
— Tak. Mój brat ma lekkie nogi i potrafi szybko uciec, ale wówczas będzie dla nas niemożliwem uwolnić Osagów.
— Nie. Powalimy strażników i rozetniemy Osagom więzy; a potem szybko przez las i do koni. Chciałbym zobaczyć trampa, któryby nam przeszkodził! A więc poczołgam się. — Jeśli mię zauważą, to skoczcie szybko do jeńców. Stać się nam nic nie może. Tu moja strzelba uncle.
Oddawszy towarzyszowi strzelbę, położył się na ziemi i poczołgał ku ognisku. Celu swego dopiął znacznie łatwiej, niż myślał. Trampi bowiem rozmawiali tak głośno, że Bill zatrzymał się prawie w pół drogi, a mimo to słyszał każde słowo.
Wódz nie pomylił się, sądząc, że czterej ludzie, siedzący przy małem ognisku, są przywódcami. Jednym z nich, owym z czerwoną głową, był kornel Brinkley, który z kilku swymi ludźmi, zbiegłymi przed rafterami, przybył do obozu tego dnia pod wieczór. Właśnie przemawiał w tej chwili, a Humply-Bill słyszał jego słowa:
— Mogę wam przyrzec, że wynik będzie nadzwyczajny, bo tam znajduje się główna kasa. Zgadzacie się więc?
— Tak, tak! — odpowiedzieli pozostali.