Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o jakiejś wielkiej pełnej kasie kolejowe, którą chcą opróżnić. Potem jednak nie słuchałem więcej, bo zobaczyłem miejsce, w którem znajdują się moi czerwoni bracia.
— Gdzież to jest?
— Przy mniejszem ognisku. Stoją przywiązani do drzewa, a przy każdym z nich siedzi tramp, pilnując go.
— To niełatwo tam się zakraść?
— Można. Mógłbym nawet sam rozciąć ich więzy, ale chciałem wpierw sprowadzić moich białych braci. Poczołgałem się jednak do moich wojowników i powiedziałem im, że będą uratowani.
— Ci trampi nie są wcale westmanami! Jest to przecież wielką głupotą nie umieszczać jeńców w środku obozu. Zaprowadź nas do nich.
Prowadzona przez wodza czwórka przemykała się od drzewa do drzewa, starając się przytem pozostać, o ile możności, w cieniu pni. Tak zbliżyli się szybko do obozu, w którym naliczyli teraz osiem ognisk. Najmniejsze płonęło w samym środku kąta, bardzo blisko drzew, i tam wódz skierował swe kroki. Raz zatrzymał się na krótko i szepnął do białych:
— Teraz siedzi przy tem ognisku kilka bladych twarzy. Przedtem nie było przy niem nikogo. Mąż z czerwonemi włosami jest tam także. Ci ludzie są, jak się zdaje, przywódcami. Czy widzicie o kilka kroków dalej, przy drzewach, moich Osagów?
— Tak, — odpowiedział garbus. — Rudy przestał przemawiać i teraz te draby siedzą zdala od innych, zapewne dla narady. Będzie więc bardzo ważnem dowiedzieć się, co zamierzają. Tak wielu trampów nie zgromadziło