Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wierzchołki drzew. — — Teraz Osaga chwycił Anglika za prawą rękę i szepnął:
— Niech mój brat poda rękę następnemu, aby blade twarze tworzyły łańcuch, który ja poprowadzę.
Macając brzed sobą wyciągniętą ręką, drugą ciągnął za sobą białych. Tak szli przez dłuższy czas. Wkońcu wódz stanął i szepnął:
— Niech moi bracia słuchają! Głosy trampów!
Rzeczywiście usłyszeli rozmowę, choć w wielkiej odległości, tak, że słów nie można było zrozumieć. Po kilku jeszcze krokach spostrzeżono słaby blask.
— Niech moi bracia zaczekają, aż powrócę — powiedział Słońce i natychmiast pomknął naprzód.
Minęło pewnie przeszło pół godziny, zanim powrócił, a nikt nie widział, ani nie słyszał jego przyjścia; tak nagle wychylił się przed nimi, jakby wyrósł z pod ziemi.
— No? — zapytał Bill. — Co nam powiesz?
— Że więcej trampów przyszło, znacznie więcej.
— Do licha! Czy draby myślą odbywać tu meeting? Wtedy biada farmerom tej okolicy! Czy coś słyszałeś?
— Rozpalono kilka ognisk i cały plac był oświetlony, a trampi utworzyli koło, w którem stała jakaś blada twarz z czerwonemi włosami i przemawiała długo i bardzo głośno. Uwaga moja jednak zwrócona była na to, aby odszukać czerwonych braci, i dlatego zapamiętałem bardzo mało z tego, co tramp mówił. Wiem tylko, że obiecywał im, iż bardzo prędko się wzbogacą, jeżeli pójdą za jego radą i ograbią bogatych.
— Cóż jeszcze?
— Nie zważałem dobrze na jego słowa. Wspominał