Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie dano? Dlaczego?
— Bośmy naszej przygody nie przeżyli jeszcze!
— Przeżyliśmy! Już się skończyła i została wciągnięta. — Spotkanie z wodzem i zastrzelenie pięciu trampów było całą przygodą, za pięćdziesiąt dolarów. Już jest w notatniku zapisane; uwolnienie Osagów jest nową przygodą.
— Także za pięćdziesiąt dolarów?
— Yes!
— No, to notujcie tylko ciągle, sir! — śmiał się Bill. — Jeżeli każde zdarzenie rozkładacie na tyle podprzygód, to zapłacicie nam we Frisco taką sumę, że nie będziecie wiedzieć, skąd wziąć pieniędzy!
Lord uśmiechnął się lekko:
— Wystarczy! Mogę wam zapłacić, nie będąc zmuszonym do sprzedawania zamku Castlepool. —
Słońce wreszcie zaszło, a przez dolinę przemykały już cienie mroku, podnosiły się coraz wyżej, zalały także pagórki, a wreszcie osłoniły całą ziemię ponurą szatą. Niebo było ciemne i bez gwiazd.
Teraz ruszono w drogę; ale nie dojechano do samego lasu. Ostrożność nakazywała pozostawić zwierzęta na miejscu otwartem; drewniane paliki, które wbija się w ziemię, aby uwiązać do nich konie, nosi każdy westman ze sobą. W taki też sposób przywiązano zwierzęta i zwrócono się potem gęsiego ku lasowi.
Czerwonoskóry szedł przodem. Stopy jego dotykały ziemi tak cicho, że ucho nie mogło dosłyszeć żadnego szmeru. Lord, idący za nim, zadawał sobie wiele trudu, aby iść równie niedosłyszalnie. Wokoło nie było nic słychać, jak tylko lekki wiaterek, który poruszał