Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ce miało się już skryć za horyzontem, ujrzano w oddali ciemny pas lasu. Osaga oświadczył:
— To jest tylna ściana lasu; przednia zgina się ku wewnątrz i tworzy kąt, „róg mordu“. Tam leżą grobowce naszych pomordowanych. Za ćwierć godziny możemy się dostać do obozu trampów.
Na to Bill zatrzymał konia, zeskoczył i, nie mówiąc ani słowa, siadł na trawie. Uncle i Indjanin poszli za tym przykładem. Wobec tego i englishman zsiadł, lecz zapytał:
— Myślę, że nie powinniśmy tracić czasu. Jak uwolnimy Osagów, jeśli będziemy siedzieli tutaj z założonemi rękami?
— Źleście powiedzieli, sir! — odpowiedział garbaty. — Czy sądzicie, że trampi będą siedzieć spokojnie w swoim obozie?
— Chyba nie!
— Z wszelką pewnością nie! Muszą przecież jeść, a w tym celu będą polować. Będą więc włóczyć się po lesie, który w tem miejscu, gdzie do niego wejdziemy, ma szerokości co najwyżej kwadrans drogi i należy się spodziewać, że właśnie tam znajdą się ludzie, którzyby nas zobaczyli. Musimy więc poczekać, aż się ściemni; wtedy wszyscy drabi ściągną do boru, a my będziemy mogli dostać się niepostrzeżenie do lasu. Czy zgadzacie się?
— Well! — skinął lord, siadając teraz również. — Nie myślałem, że mogę być taki głupi!
— Tak! Wpadlibyście tym włóczęgom prosto w ręce, a uncle i ja musielibyśmy nosić wasz notatnik aż do Frisco, za co nie danoby nam ani dolara.