Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z wami rozmówię. Mój nóż ugodził strażników w samo serce, a potem zabrałem im skalpy. Teraz wrócę jeszcze do nich, aby pójść z moimi czerwonymi braćmi do koni trampów, przy których i nasze się także znajdują. Ponieważ wszystko poszło tak dobrze, nie odejdziemy, nie odebrawszy swoich koni.
— Dlaczego narażać się jeszcze i na to niebezpieczeństwo, — ostrzegał Bill.
— Mój biały brat myli się. Teraz niema już żadnego niebezpieczeństwa. Skoro zobaczycie, że Osagowie zniknęli z pod drzew, odejdziecie stąd. — Wkrótce potem usłyszycie tętent koni i krzyk trampów. Zejdziemy się w miejscu, gdzieśmy poprzednio się zatrzymali. Howgh!
Tem ostatniem słowem chciał dać do zrozumiem, że wszelki sprzeciw jest daremny; potem się oddalił. Lord patrzył na jeńców; ci stali oparci sztywno o drzewa, aż nagle zniknęli w jednej chwili, jakby się w ziemię zapadli.
Wonderful! — szepnął zachwycony do garbusa. — Zupełnie jak w romansie!
— Hm! — odpowiedział mały. — Przeżyjecie u nas jeszcze niejeden romans; chociaż czytać jest je łatwiej, niż przeżyć samemu.
— Czy idziemy?
— Jeszcze nie. Chciałbym widzieć miny tych drabów, gdy spostrzegą ucieczkę. Czekajmy jeszcze chwilę.
Nie upłynęło wiele czasu, gdy z drugiej strony obozu rozległ się głośny krzyk trwogi; odpowiedział mu drugi, poczem nastąpiło kilka przeraźliwych okrzyków, po których łatwo było poznać, że pochodzą z gardeł indjańskich, — wreszcie dało się słyszeć parskanie, tętent,