Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rżenie i dudnienie, tak, iż się zdawało, że ziemia drży.
Trampi zerwali się. Każdy krzyczał, wrzeszczał i pytał, co się stało. Nagle rozległ się głos rudego kornela:
— Osagowie uciekli! Do wszystkich djabłów! Kto ich...
Przerwał przerażony, gdyż mówiąc te słowa, skoczył do strażników i chwycił jednego, aby go podnieść; lecz spostrzegł jego szkliste oczy i krwawą, pozbawioną włosów, czaszkę. Pociągnął więc drugiego, trzeciego, czwartego ku światłu ogniska i krzyknął straszliwie:
— Zabici! Oskalpowani! Wszyscy czterej! A czerwoni uciekli!
— Indjanie! Indjanie! — rozległo się w tej chwili od strony, w której stały konie.
— Za broń! Do koni! — ryczał kornel. — Zostaliśmy napadnięci. Chcą nam konie ukraść!
Nastąpiło teraz straszne zamieszanie. Wszyscy biegali w popłochu, choć nieprzyjaciela nie było widać. Dopiero kiedy po dłuższym czasie nieco się uspokoiło, okazało się, że brakło tylko złupionych koni Indjan. Teraz przeszukano okolicę obozu, lecz bez żadnego skutku. Trampi przyszli więc do przekonania, że w lesie znajdowali się jeszcze inni Osagowie i ci podkradli się, aby uwolnić swych towarzyszów, a przytem zakłuwszy strażników, oskalpowali ich i uprowadzili konie, zabrane jeńcom. Trudnem jednak było do pojęcia dla trampów, że zamordowanie strażników odbyło się bez żadnego szmeru. Dziwiliby się jeszcze bardziej, gdyby wiedzieli, że tylko jeden człowiek dokonał tego.
Kiedy przywódcy zebrali się znowu dookoła ogniska, odezwał się kornel: