Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron


IV
OCALONY PRZED ZEMSTĄ.

Kiedy rafterzy zjawili się przy ognisku, Old Firehand, Tom, Droll, Fred i Missouryjczyk siedzieli przy niem tak spokojnie, jakby nie zaszło nic niezwykłego. Po jednej stronie ogniska leżały trupy zabitych, a po drugiej skrępowani trampi — wśród nich rudy kornel.
— Do pioruna! — zawołał do starego Missouryjczyka jeden z przybyłych. — Myśleliśmy, żeście w niebezpieczeństwie, a wy siedzicie jak na łonie Abrahama!
— I tak było! — odpowiedział Blenter. — Byliby mnie posłali na łono Abrahama. Kolba karabinu kornela wisiała nade mną, gdy nadeszli ci messurs i wyrąbali mię z opresji. Prędka to była i dobra robota! Możecie się czego od nich nauczyć, chłopcy!
— Czy Old Firehand jest rzeczywiście z nimi?
— Tak, siedzi tutaj. Popatrzcie na niego i uściśnijcie mu dłoń! Pomyślcie tylko! Trzech mężczyzn i jeden chłopiec rzuca się na dwudziestu drabów i zabijają dziesięciu, a sześciu chwytają, sami nie odniósłszy nawet draśnięcia.
Przy tych słowach powstał, a inni podnieśli się także. Rafterzy stanęli w pewnem oddaleniu, z oczymą skierowanemi na olbrzymią postać Old Firehanda. Ten wezwał ich, by się zbliżyli, i uścisnął każdemu zosobna rękę; obu Tonkawów powitał oddzielnie, mówiąc do nich:
— Moi czerwoni bracia dokonali nielada sztuki, ścigając trampów; pozwoliło mi to iść za nimi.
— Pochwała mojego brata przynosić więcej czci, niż my zasługiwać, — odparł skromnie stary Niedźwiedź. — Trampi pozostawić ślad tak głęboki, jak stado bawołów. Kto go nie widzieć, ten być ślepy. Ale gdzie być kornel? Czy także zabity?
— Nie, żyje. Uderzenie mojej kolby ogłuszyło go tylko; wrócił już do przytomności i związaliśmy go; tam leży.
Wskazał ręką ku miejscu, gdzie leżał kornel. Tonkawa podszedł do trampa, wyciągnął nóż i rzekł:
— Kiedy nie umrzeć od ciosu, to umrzeć od noża. On mnie bić, ja wytoczyć jego krew!
— Stój! — zawołał stary Missouryjczyk. — Ten człowiek należy do mnie!
— Ty także nosić zemstę na niego?
— Tak, i to jeszcze jaką!
— Krew?
— Krew i życie!
— Odkąd?
— Od wielu, wielu lat. On kazał mi zaćwiczyć na śmierć żonę i dwu synów.
— Ty się nie mylić? — spytał Indjanin, któremu ciężko przychodziło wyrzec się zemsty, do czego jednak zmuszony był prawem prerjowem.
— Nie! Takiej twarzy się nie zapomina!
— Ty go więc zabić?
— Tak. bez żadnej litości.
— Więc ja ustąpić, ale niecałkiem. On mnie dać krew, a tobie życie. Tonkawa mu nie móc darować kary; on mu więc wziąć uszy! Ty przystawać?
— Hm! A gdybym się nie zgodził?
— To Tonkawa go natychmiast zabić!
— Dobrze, bierz więc jego uszy! Może to nie po chrześcijańsku, że się zgadzam, ale kto wycierpiał tyle męk, ile on mi zgotował, ten trzyma się praw sawanny i nie oszczędza takich łotrów!
— Tak, uszy być moje i ja je wziąć. — Ukląkł obok kornela, aby wykonać swój zamiar; kiedy ten ujrzał, że to nie żarty, wykrzyknął:
— Co wam wpadło do głowy, messurs! czy to po chrześcijańsku? Co wam uczyniłem, że pozwalacie temu czerwonemu djabłu kaleczyć mnie?
— O tem, co mi uczyniłeś, potem pomówimy, — odpowiedział Blenter zimno i poważnie.
— A co my mamy do ciebie, to się pokaże, — dodał Firehand. — Jeszcześmy nie przeszukali twoich kieszeni. Zobaczymy, co się w nich znajduje!
Dał znak Drollowi, a ten wypróżnił kieszenie jeńca. Między innemi znaleziono portfel, który, jak się okazało, zawierał całą, skradzioną inżynierowi sumę.
— Ach! jeszcze nie podzieliłeś tego? — śmiał się Old Firehand. — To dowód, że twoi mieli więcej zaufania do ciebie, niż my. Jesteś złodziejem, a może czemś gorszem od tego. Nie zasługujesz na żadne względy. Wielki Niedźwiedź może czynić, co mu się podoba!
Kornel wrzasnął strasznie, ale wódz, nie zwracając uwagi na krzyki, ujął go za czuprynę i dwoma pewnemi ruchami odciął mu obie muszle uszne i rzucił do rzeki; poczem rzekł:
— Tonkawa się pomścić i móc jechać dalej.
— Teraz? — zapytał Old Firehand. — Nie chcesz przynajmniej przez tę noc pozostać z nami?
— Tonkawa być obojętne, dzień czy noc. Jego oczy dobre, a czas mieć krótki. On stracić wiele dni, aby ścigać kornela, i teraz jechać dniem i nocą, by dostać się do swego wigwamu. On być przyjaciel białych mężów, a wielki przyjaciel i brat Old Firehanda. Wielki Duch dawać zawsze dużo prochu i wiele mięsa bladym twarzom, które być przychylne dla Tonkawa. Howgh!
Zarzuciwszy karabin na ramię, odszedł, a syn, zabrawszy swą strzelbę, poszedł jego śladem.
— Gdzie mają konie? — Zapytał Firehand.
— W górze przy naszym baraku — odpowiedział Missouryjczyk. — Poszli pewnie, aby je zabrać, ale czy po nocy znajdą drogę w puszczy, za tobym...
— Nie bójcie się! — przerwał myśliwy. — Znają drogę, inaczej pozostaliby. Pozwólmy im więc jechać, a zajmijmy się własnemi sprawami. Co zrobimy z zabitymi i jeńcami?
— Pierwszych wrzućmy do wody; nad drugimi urządźmy według starego zwyczaju sąd. Przedtem jednak trzeba się upewnić, czy ze strony zbiegłych nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
— O! tych jest tak mało, że nie potrzebujemy się obawiać; będą uciekać, póki im sił starczy. Możemy zresztą postawić straże.
Od strony rzeki nie trzeba było niczego się obawiać, a z drugiej strony postawiono kilka straży, poczem Old Firehand kazał przyprowadzić pozostawione konie. Teraz mógł się odbyć „sąd prerjowy“.
Najpierw sądzono towarzyszy kornela. Nie można było dowieść, by który z nich wyrządził komuś z obecnych co złego; za to, co zamierzali zrobić, policzono im jako karę odniesione przy napadzie rany i utratę koni: przez noc miano ich strzec surowo, a rano puścić wolno.
Teraz przyszła kolej na głównego sprawcę, kornela, wijącego się z bólu. Przyniesiono go do ogniska, a zaledwie na twarz jego padł blask ognia, młody Fred wydał głośny okrzyk i, zwróciwszy się do Drolla, zawołał:
— To on! To on! Mamy go wreszcie!
Droll przyskoczył do niego, pytając:
— Nie mylisz się? To niemożliwe!
— Tak, to on, morderca! — upierał się chłopiec. — Patrz, jakie zrobił oczy! Wszak widać w nich trwogę Śmierci? Widzi, że jest odkryty i że musi teraz wyrzec się wszelkiego ratunku!
— Ale, gdyby tak było, poznałbyś go na statku.
— Wtedy tylko trampów widziałem, ale nie jego. Musieli go inni zasłaniać.
— Tak; rzeczywiście. Ale jeszcze jedno: opisywałeś sprawcę jako czarnego, o włosach kędzierzawych, a ten ma włosy krótkie, twarde i rude.
Chłopiec zrazu nie odpowiedział; dotknął ręką czoła, potrząsnął głową, a cofnąwszy się o krok, rzekł tonem, w którym słychać było niepewność:
— Prawda! Twarz ta sama, ale włosy inne!
— Widocznie, Fredzie, wziąłeś go za tamtego. Ludzie bywają bardzo do siebie podobni. —
— Ale, — wmieszał się Missouryjczyk, — włosy można obciąć i nałożyć perukę?
— Ach! Czyżby to tu — ? — zapytał Droll, nie kończąc rozpoczętego zdania.
— Naturalnie! Ja nie dam się zwieść jego rudemi włosami! Ów, którego tak długo szukałem, morderca mojej żony i dzieci, miał także czarne włosy, a ten drab ma rudą głowę, — a mimo to twierdzę, że jest owym mordercą. On nosi perukę!
— Niemożliwe, — powiedział Droll. — Czy nie widzieliście, że Indjanin, obcinając mu uszy, chwycił go za włosy? Gdyby łotr nosił fałszywą fryzurę, toby mu ją ściągnął z głowy.
— Pshaw! Jest dobrze zrobiona i przymocowana! Zaraz dowiodę wam tego.
Kornel leżał rozciągnięty na ziemi, ze związanemi ramionami i nogami. Z uszu jego ściekała krew; musiały mu sprawiać wielki ból, ale nie zważał na to. Całą swą uwagę zwrócił na słowa rozmawiających, a jeśli początkowo patrzył na nich dość beznadziejnie, to teraz wyraz jego twarzy zmienił się zupełnie: trwoga ustąpiła nadziei, obawa szyderstwu, a rozpacz — pewności zwycięstwa. Missouryjczyk mocno przeświadczony, że kornel nosi fałszywe włosy, podniósł go, posadził, a schwyciwszy za czuprynę, pociągnął, chcąc zedrzeć z głowy perukę. Ku wielkiemu jednak ździwieniu włosy trzymały się mocno głowy; były to więc rzeczywiście jego własne włosy.
— All devils, ten łotr ma prawdziwe włosy na swej łysinie! — zawołał zdumiony i zrobił tak przerażoną minę, że inni na pewno śmieliby się tego, gdyby położenie nie było zbyt poważne.
Twarz kornela wykrzywiła się w szyderczym śmiechu i zawołał tonem bezgranicznej nienawiści:
— No, ty kłamco i potwarco, gdzie jest peruka? Łatwo to oskarżyć fałszywie człowieka z tego powodu, że podobny jest do kogoś innego. Daj dowód, że jestem tym, za kogo mię uważasz!
Blenter spoglądał to na niego, to na Firehanda i rzekł wreszcie bezradnie do ostatniego:
— Sir, co o tem sądzicie? Tamten miał rzeczywiście włosy czarne i kręcone, a ten ma gładkie i rude. A mimo to przysięgnę, że to on. Niemożliwe, żeby mię oczy myliły.
— A jednak możecie się mylić, — odpowiedział myśliwy. — Jak się zdaje, to tu jest tylko podobieństwo.
— To chybabym już nie mógł ufać swoim oczom!
— Otwórz je lepiej! — szydził kornel. — Niech mię djabli wezmą, jeśli wiem o tem, że gdzieś tam zamordowano kogo, albo też na śmierć zaćwiczono!
— Ale znasz mnie jednak? Sam to mówiłeś!
— Jeśli cię nawet widziałem, to czy muszę być koniecznie tym, o którym mówisz? Ten chłopiec również się pomylił. W każdym razie człowiek, o którym wspomniał, jest tym samym, o którym ty mówiłeś, a ja nie znam tego chłopca i...
Nagle przerwał, jakby przerażony, ale w mgnieniu oka opanował się i mówił dalej: — i nigdy go nie widziałem. A teraz wnieście skargę przeciwko mnie, ale dajcie dowody! Jeśli chcecie mię potępić dla przypadkowego podobieństwa i zlynchować, to jesteście mordercami, a tego nie przypuszczam po sławnym Old Firehandzie, i — oddaję się pod jego opiekę!
To, że poprzednio przerwał rozpoczęte zdanie miało bardzo ważną przyczynę. Siedział tam, gdzie leżały trupy, a głowę oparł na jednym z nich. Kiedy go Missouryjczyk posadził, sztywne i pozbawione życia ciało wykonało lekkie poruszenie i potoczyło się; nie mogło to nikomu wpaść w oczy, ponieważ trup stracił podporę po usunięciu się rudego. Teraz ciało leżało tuż za kornelem i to w cieniu, rzucanym przez ostatniego. A człowiek ów nie był wcale martwym ani nawet rannym. Należał do tych, których Firehand powalił kolbą swej strzelby. Krew ranionego towarzysza bryznęła mu na twarz i to nadało mu wygląd zabitego. Kiedy wrócił do przytomności, ujrzał, że znajduje się między zabitymi; opróżniano im właśnie kieszenie i zabierano broń. Byłby wprawdzie chętnie się zerwał i uciekł, — widział, że wrogów jest tylko czterech — ale rzucać się w rzekę nie miał ochoty, a od strony lasu rozbrzmiewał krzyk zbliżających się rafterów. Postanowił czekać na pomyślną sposobność; wyciągnął jednak nóż i schował go w rękaw; teraz przystąpił do niego Missouryjczyk, obrócił go w jedną i drugą stronę, a uważając za zabitego, zabrał mu to, co znalazł w kieszeniach i za pasem, i pociągnął ku miejscu, gdzie miały leżeć trupy.
Odtąd tramp obserwował wszystko z pod lekko uchylonych powiek, a ponieważ nie był skrępowanym, więc w stosownej chwili mógł się zerwać i uciec. Wtem położono na nim kornela; natychmiast przyszła mu do głowy myśl, aby przywódcę uwolnić. Kiedy rudego podniesiono, domniemany trup potoczył się za nim i znalazł się poza plecami kornela, któremu ręce związano wtyle. Podczas gdy kornel mówił i uwaga wszystkich była na niego zwrócona tramp wyciągnął nóż z rękawa i ostrożnie przeciął mu więzy, poczem wsunął mu rękojeść noża do ręki, aby ten szybkim ruchem mógł uwolnić swe nogi i, zerwawszy się, uciec. Rudy poczuł dotknięcie na swych rękach; czuł rękojeść noża, który natychmiast ujął, i tak się tem zdumiał, że na chwilę stracił panowanie nad sobą i zatrzymał się; ale tylko na krótką chwilę; potem mówił dalej, a nikt nie zauważył, co zaszło za plecami oskarżonego. Kiedy kornel odwołał się do sprawiedliwości Old Firehanda, ten odrzekł:
— Gdzie ja mam coś do powiedzenia, tam niema miejsca na morderstwo, na tem możesz polegać; ale również możesz być pewnym, że ja nie dam się oszukać barwą twych włosów. Mogą być farbowane.
— Oho! Czy można włosy, siedzące mocno na głowie, farbować także na czerwono?
— Oczywiście, — odpowiedział myśliwy z naciskiem.
— Może zapomocą „ruddle“[1]? — zapytał kornel z wymuszonym uśmiechem.
— Śmiej się, śmiej! Niedługo będziesz szydził! — odpowiedział spokojnie Old Firehand. — Innych możesz oszukać, ale nie mnie!
Przystąpiwszy do rzeczy odebranych jeńcom, schylił się, podniósł skórzaną torbę, należącą do kornela, i, otwierając ją, rzekł:
— Przeszukałem to przedtem i znalazłem kilka przedmiotów, których cel był mi niejasny; teraz jednak zaczynam się wszystkiego domyślać.
Wydobył małą zakorkowaną flaszeczkę, pilniczek i kawałek gałązki, na którym znajdowała się jeszcze kora, i podsunąwszy te trzy przedmioty przed oczy rudego, spytał go:
— Dlaczego nosisz te rzeczy ze sobą?
Twarz zagadniętego stała się cokolwiek bledszą, jednak odpowiedział pewnym tonem:
— A to cud! Wielki Firehand troszczy się o takie drobnostki! Ktoby to myślał! Flaszeczka zawiera lekarstwo; pilnik jest dla każdego westmana niezbędnem narzędziem, a ten kawałek drzewa dostał się przypadkiem do torby. Czyście teraz zadowoleni, sir?
Pytanie to wypowiedział, rzucając szydercze, a przytem bojaźliwe i badawcze spojrzenie na twarz myśliwego. Ten odpowiedział poważnie, a stanowczo:
— Tak, jestem zadowolony, ale nie z twojej odpowiedzi, tylko z moich wniosków. Trampowi zbyteczny pilnik, zwłaszcza tak mały; większy pożytek przyniosłaby mu piła. Ta flaszeczka zawiera opiłki w spirytusie, a ten kawałek drzewa jest, sądząc po korze, gałęzią obrostnicy (Celtis occidentalis). Wiem zaś, że opiłkami obrostnicy, namoczonemi w spirytusie, można zabarwić na czerwono nawet najciemniejsze włosy; stąd..., cóż powiesz na to?
— Że z całego tego uczonego wykładu nie rozumię ani jednego słowa, — odparł gniewnie kornel. — Chciałbym zobaczyć człowieka, któremu mogłaby przyjść do głowy myśl farbowania na rudo czarnych włosów. Ten drab musiałby mieć smak godny podziwu!
— Smak tu jest zupełnie obojętny, idzie tylko o cel. Człowiek ścigany za zbrodnie, na pewno chętnie zabarwi włosy nawet na czerwono, jeśli przez to zdoła ocalić życie. Jestem przekonany, że jesteś owym poszukiwanym i, jak się tylko rozwidni, zbadam dokładnie twe włosy.
— Tak długo niema potrzeby czekać — przerwał Fred. — Ma on znak, po którym można go poznać. Kiedy mię rzucił na ziemię i przydeptał nogą, przebiłem mu nożem łydkę na wylot. Niech pokaże nogę; jeśli to on, będą widoczne owe blizny.
Nic nie mogło być dla rudego bardziej dogodnem, niż ta propozycja. Gdyby ją wykonano, nie musiałby rozcinać więzów na nogach. Dlatego odpowiedział szybko:
— Well, mądry chłopcze! Przekonasz się wtedy, że wy wszyscy się mylicie. Dziwię się tylko, że przy całej swej chytrości wymagasz, aby człowiek związany podwinął sobie spodnie!
Chłopiec w zbytniej gorliwości podszedł ku jeńcowi, ukląkł, rozwiązał rzemień, jakim kornel miał nogi związane, i próbował ściągnąć nogawkę nankinowych spodni; otrzymał jednak od rudego tak silne kopnięcie, że zatoczył się daleko, a kornel, zerwawszy się, zawołał:
— Good bye, messurs! Zobaczymy się jeszcze, — i podniósłszy nóż, przebił przez rafterów i znikł między drzewami.
Ucieczka człowieka, którego byli pewni, tak zaskoczyła rafterów, że stali jak przygwożdżeni. Jedynie Old Firehanda i „ciotkę“ Droll nie zawiodła, nawet w tej niezwykłej chwili, wrodzona przytomność umysłu. — Skoro tylko kornel zerwał się z postawy siedzącej i podniósł nóż, Old Firehand wykonał skok, chcąc go ująć. Nagle jednak natknął się na nieprzewidzianą przeszkodę; mianowicie tramp, udający zabitego, sądził, że nadeszła chwila dla niego stosowna, bo uwaga wszystkich skierowana była na kornela. Myśląc więc, że teraz łatwo będzie mu uciec, zerwał się i rzucił ku ognisku, aby przerwać koło utworzone przez rafterów. W tej chwili jednak Old Firehand, potężnym skokiem przesadzając ognisko, zderzył się z trampem; chwycić go, podnieść i rzucić o ziemię, było dla niego dziełem paru sekund.
— Zwiążcie tego draba! — zawołał Old Firehand, a zwracając się za kornelem, któremu to zderzenie dało czas wyrwać się poza obręb obozowiska, porwał za karabin i złożył się, chcąc go zatrzymać celnym strzałem. Lecz zrozumiał niemożliwość wykonania tego zamiaru, bo Droll znajdował się w równej linji ze zbiegiem i kula mogła go trafić. Dlatego rzucił strzelbę i pobiegł za nimi.
Rudy kornel zmykał co sił, wiedząc, że tylko w ten sposób ocali swe życie, a za nim pędził Droll i byłby go pewnie doścignął, gdyby nie miał na sobie swego sławnego, skórzanego „sleeping-gown’u“ — bowiem ta część garderoby okazała się w takim pościgu zbyt niestosowną. —
— Stać, Droll! — wołał Old Firehand do biegnącego przed nim. Ten jednak nie zważał na wołanie i biegł dalej. Teraz kornel, mając za sobą światło, padające od ogniska, znikł w ciemnościach lasu.
— Stać, na miłość boską, stać, Droll! — zawołał znowu Old Firehand rozgniewany mocno.
— Muszę go dostać, muszę go dostać! — odpowiedział podniecony „ciotka“ swym fistułowym głosem i rzucił się także między drzewa.
Wówczas Firehand, jak dobrze wytresowany koń, który nawet w galopie słucha wędzidła, zatrzymał się w największym biegu i zawrócił powoli ku ognisku, jakgdyby nic się nie stało. Tam stała reszta ludzi w pojedynczych, ożywionych grupkach i patrzyła w las, oczekując wyniku pościgu.
— Co? powróciliście sami? — zawołał stary Missouryjczyk do Old Firehanda.
— Jak widzicie, — odparł tenże spokojnie.
— Czy nie można go było doścignąć?
— Nawet bardzo łatwo, gdyby nie ten przeklęty tramp, z którym się zderzyłem.
— Fatalna historja, że właśnie herszt umknął!
— No, wy, stary Blenter, najmniej możecie się uskarżać.
— Dlaczego?
— Bo tylko wy sami jesteście temu winni.
— Ja? — zapytał stary. — Tego nie pojmuję. Szanuję bardzo wasze słowa, sir, ale wytłumaczcie mi to!
— To bardzo łatwo! Kto przeszukiwał zabitego, który nagle ożył?
— Oczywiście, ja!
— I wzięliście go za nieżywego! Jak może się zdarzyć coś podobnego tak doświadczonemu rafterowi i myśliwemu jak wy! — A kto mu wypróżnił kieszenie i odebrał broń?
— Także ja.
— A nóż zostawiliście?
— Nie miał go wcale!
— Schował go tylko! Potem, leżąc za plecami kornela, nie tylko przeciął rzemienie, ale także dał mu nóż.
— Czyżby rzeczywiście tak było, sir? — zapytał stary, zmieszany.
— Zapytajcie jego samego! Leży przecież tutaj związany.
Blenter poczęstował teraz trampa kopnięciem i groźbą zmusił go do odpowiedzi; okazało się, że wszystko odbyło się tak, jak przypuszczał Old Firehand. Stary rafter chwycił się za głowę:
— Sambym się wypoliczkował! Takiej głupoty w całych Stanach jeszcze dotąd nie popełniono. Ja jestem winien, tylko ja! Głowę daję, że to ten drab, o którego mi szło.
— Naturalnie, że to był ten sam, inaczej dałby wszak zupełnie spokojnie obejrzeć swą nogę; gdyby nie miał tych blizn nie stałoby mu się nic złego. Za kradzież pieniędzy inżyniera, nie mogliśmy go ukarać według praw sawanny, bo na sądzie nie było okradzionego.
Teraz powrócił także Droll z nosem opuszczonym. Biegł on, jak myślał, za zbiegiem jeszcze dość daleko przez las, obijając się wielokroć o drzewa; potem stanął, nadsłuchując, lecz, że wokoło najmniejszy szmer nie zdradzał miejsca pobytu kornela, musiał zawrócić.
Old Firehand polubił tego dziwacznego człowieka i nie chcąc go wobec rafterów zawstydzać, zapytał w języku niemieckim:
— Ależ, Droll! Czy nie słyszeliście, jak kilkakrotnie wołałem za wami?
— Słyszałem zupełnie dobrze, — odrzekł grubas.
— A czemu nie zatrzymaliście się?
— Bo chciałem schwytać tego draba.
— I dlatego biegliście za nim w las?
— Jakże inaczej mógłbym to zrobić? Czy może sądzicie, że wróciłby dobrowolnie i rzucił mi się w ramiona?
— To nie, ale coś w tym rodzaju. Założę się, że kornel był na tyle mądry, by nie chodzić daleko. Wszedł tylko cokolwiek w las i ukrył się za drzewem, aby wam pozwolić przebiec obok siebie.
— Jak? Co? Przebiec obok niego? — Gdyby to była prawda, to nie mogłoby mi się już większe głupstwo przydarzyć!
— Napewno tak było! Dlatego wzywałem was, byście stanęli; gdybyśmy się znaleźli w ciemnościach lasu, położylibyśmy się i nasłuchiwali. Przytknąwszy uszy do ziemi, usłyszelibyśmy jego kroki i moglibyśmy rozpoznać ich kierunek, a gdyby stanął, łatwo byłoby go podejść. Podchodzić wszak umiecie doskonale. Wiem przecież o tem.
— To się rozumie — odpowiedział Droll, któremu ta pochwała pochlebiła. — Kiedy o tem myślę, zdaje mi się, że macie zupełną słuszność. Byłem wtedy głupi, trochę za głupi. Ale może to naprawię? Co myślicie o tem?
— Jest to zupełnie możliwem, ale łatwo nam to nie przyjdzie. Musimy czekać do rana i wtedy odszukać jego ślady. Pójdziemy potem za niemi, a prawdopodobnie schwytamy go. — To zdanie zakomunikował także rafterom, na co stary Missouryjczyk oświadczył:
— Sir, ja jadę z wami. Koni zdobyliśmy dosyć, tak, że jeden i mnie się dostanie. Rudy kornel jest tym którego szukam od lat wielu. Teraz mam wreszcie jego ślady, a towarzysze nie wezmą mi za złe, że ich opuszczę. Szkody przytem także nie poniosę, bo zaczęliśmy robotę dopiero niedawno.
— Bardzo mi to miłe, — odpowiedział Old Firehand. — Zresztą chcę wam wszystkim uczynić pewną propozycję
— Jaką?
— O tem później. Teraz mamy coś ważniejszego do roboty; musimy udać się do waszego baraku.
— Dlaczego nie mamy tu pozostać do rana, sir?
— Ponieważ wasza własność jest w niebezpieczeństwie! Po kornelu można się wszystkiego spodziewać; może bardzo łatwo wpaść na myśl odwiedzenia waszej chaty.
— Zounds! Toby było fatalne! Mamy tam narzędzia i broń zapasową, a także proch i ładunki. Prędko, śpieszmy tam!
— Bardzo dobrze! Idźcie przodem, Blenter, i weźcie jeszcze dwu ze sobą. Reszta pójdzie za wami z końmi i jeńcami; drogę będziemy sobie oświecać łuczywem, które zabierzemy z ogniska. —
Bystry myśliwy osądził rudego kornela zupełnie słusznie; ten rzeczywiście znalazłszy się w lesie, ukrył się za drzewem; słyszał, jak Droll przebiegł obok niego, i widział, że Old Firehand powrócił do ogniska. Ponieważ Droll obrał kierunek nie ku barakowi, rudy prędko wpadł na pomysł, aby się cicho oddalić w tamtą stronę i śpiesznie skierował swe kroki ku wzgórzu. Przyszło mu na myśl, jak wielką korzyść może mu przynieść zawładnięcie barakiem, a że był już tam, nie bał się, iż zbłądzi. Barak zawierał z pewnością większą część własności rafterów i kornel mógł się na nich pomścić. Dlatego przyśpieszył kroku, o ile na to ciemności pozwalały.
Przyszedłszy na górę, przedewszystkiem stanął nasłuchując; było przecież możliwem, że pozostał tam który z rafterów. Ponieważ jednak wszędzie panowała cisza, zbliżył się ku drzwiom baraku. Właśnie miał zbadać, w jaki sposób te zostały zamknięte, kiedy nagle chwycono go za gardło i rzucono na ziemię. Kilku ludzi klęczało na nim:
— Mamy przynajmniej jednego i ten nam za wszystko zapłaci, — odezwał się któryś.
Kornel poznał głos mówiącego i zdumiał się, lecz zarazem ucieszył; uczynił gwałtowny wysiłek, aby oswobodzić gardło, i udało mu się wykrztusić:
— Woodward! Czyś oszalał? Puść mię przecież!
Woodward był to poddowódca trampów. Poznał głos kornela i puścił go.
— To kornel! — zawołał odepchnąwszy innych. — Naprawdę kornel! Skąd się zjawiasz? Sądziliśmy, żeś został schwytany!
— Tak było, — dyszał rudy, prostując się, — ale uciekłem. Czy nie mogliście być ostrożniejsi? O mało nie zadusiliście mnie! Co robicie tutaj?
— Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo tam wdole. Jest nas trzech; gdzie są inni, nie wiemy. Widzieliśmy, że rafterzy pozostali przy ognisku, więc postanowiliśmy przyjść tutaj i wypłatać im figla.
— Słusznie! Ta sama myśl i mnie przywiodła. Chętnie spaliłbym im budę!
— Taki zamiar mamy i my, ale przedtem należy zobaczyć, co chata zawiera. Może znajdziemy coś potrzebnego dla nas?
— Na to trzeba światła. Te łotry zabrały mi wszystko, a wewnątrz możemy szukać do sądnego dnia, zanim znajdziemy krzesiwo.
— Zapominasz, że my mamy swoje, bo nas przecież nie ograbiono.
— To prawda! A przekonaliście się, czy niema tu jakiejś zasadzki?
— Żywej duszy niema; otworzenie drzwi pójdzie łatwo i właśnie mieliśmy wejść do środka, gdy ty nadszedłeś.
— Prędko więc do dzieła, zanim te łotry wpadną na myśl powrotu!
Woodward odsunął zasuwę i weszli do chaty. Przymknąwszy za sobą drzwi, zapalili światło i świecili wokoło po całej izbie. Nad pryczami były umieszczone deski, a na nich leżały świece z łoju jeleniego, jakie westmani sami sobie sporządzają. Każdy z czterech drabów zapalił jedną i zaczęto pośpiesznie szukać przydatnych przedmiotów.
Było tam kilka strzelb, różki pełne prochu, siekiery, topory, piły, noże, kartony z nabojami, mięso i inne prowianty. Każdy z trampów brał to, czego potrzebował, lub co mu się podobało. Skończywszy plondrowanie, wetknęli płonące świece w tratwę, pokrywającą łóżka; ta natychmiast się zajęła. Podpalacze wybiegli na pole, pozostawiając drzwi otwarte, aby ogień miał dostateczny dopływ powietrza, i stanęli nasłuchując. Lecz słychać było jedynie trzask ognia i szum drzew.
— Jeszcze nie nadchodzą, — odezwał się Woodward. — Co teraz?
— Naturalnie, precz stąd! — odparł kornel.
— Ale dokąd? Nie znamy przecież okolicy.
— Rano poszukają naszych śladów i pójdą za niemi; byłoby mądrze wcale tych nie zostawiać.
— To niemożliwe, chyba we wodzie.
— To popłyńmy wodą.
— Ale na czem i jak?
— W łódce naturalnie! Czy nie wiesz o tem, że każde towarzystwo rafterów przygotowuje sobie jedno, a nawet kilka czółen, bo przy tem zajęciu są koniecznie potrzebne? Założę się, że leżą tam niżej przy spławie.
— Ale miejsca spławu nie znamy.
— Łatwo je będzie znaleźć. Patrzcie! tędy spuszczają drzewo. Spróbujmy więc, czy nie będziemy mogli zejść także.
Właśnie płomienie przedarły się przez dach i oświetliły cały plac. Na skraju lasu w kierunku rzeki widać było wolną przestrzeń wśród drzew. Szła tędy prosta, stroma a wąska ścieżka, a obok przymocowana była lina, służąca jako poręcz.
Zbrodnicza czwórka zeszła ku rzece; kiedy znaleźli się na brzegu, usłyszeli woddali głośne okrzyki, zbliżające się ku barakowi.
— Nadchodzą, — rzekł kornel. — Teraz prędko; żebyśmy tylko mogli znaleźć łódkę!
Nie szukali jej długo, bo tam, gdzie stali, leżały właśnie trzy czółna, przywiązane do brzegu. Były to, zbudowane na sposób indjański z kory drzewnej i wytopione smołą „kanoe“, każde na cztery osoby.
— Przywiążcie te dwa ztyłu! — rozkazał rudy. — Musimy je zabrać i później zniszczyć, aby nie mogli nas ścigać wodą.
Posłuchano go, a potem wszyscy czterej wsiedli do pierwszego kanoe i, chwyciwszy za leżące w niem wiosła, odbili od brzegu. Kornel sterował. Jeden z ludzi uderzył wiosłem, jakby chciał płynąć w górę rzeki.
— Źle! — zawołał przywódca. — Popłyniemy wdół!
— Ależ mamy przecież udać się do Kanzas na wielki meeting trampów! — odrzekł tamten.
— Naturalnie! Ale o tem dowie się Old Firehand, bo z pewnością nie omieszka wydobyć tej wiadomości z jeńców. Będzie więc szukał nas rano w górze rzeki i dlatego musimy płynąć wdół, aby go wyprowadzić w pole!
— Ogromne zboczenie z drogi!
— Wcale nie. Popłyniemy aż do najbliższej prerji, dokąd dostaniemy się rano; zatopimy czółna i postaramy się skraść konie tamtejszym Indjanom. Potem pojedziemy już szybko na północ i naprawimy tę małą zwłokę w ciągu jednego dnia, gdy tymczasem rafterzy będą szukać naszych śladów powoli, mozolnie i bezskutecznie.
Łodzie trzymano w cieniu brzegu, aby nie padł na nie blask ognia, płonącego wgórze. Po pewnym czasie kornel skierował łódkę ku środkowi rzeki; równocześnie rafterzy przybyli z końmi i jeńcami na polanę.
Widząc, że ich mienie zginęło w ogniu, podnieśli niemały krzyk, rzucając tysiące przekleństw i dosadnych życzeń na głowy podpalaczy. Old Firehand uspokoił ich jednak, mówiąc:
— Spodziewałem się, że kornel coś podobnego uczyni. Niestety, przybyliśmy za późno. Ale nie bierzcie tego zbytnio do serca; jeśli zgodzicie się na propozycję, jaką zamierzam wam zrobić, to wkrótce otrzymacie więcej, niż wynosi strata. Lecz o tem później. Teraz musimy się przedewszystkiem upewnić, czy niema gdzie jeszcze którego z tych łotrów.
Przeszukano najdokładniej całą okolicę, ale nie znaleziono nic podejrzanego. Wówczas Old Firehand położył się przy ognisku. Jeńców umieszczono na boku tak, że nie mogli słyszeć, o czem mówiono.
— Najpierw, mussurs — zaczął myśliwy — dajcie mi wasze słowo, że tego, co wam powiem, nie zdradzicie nawet wtedy, gdy się nie zgodzicie na mój projekt! Wiem, że jesteście gentlemanami, na których słowie mogę polegać.
Otrzymawszy żądane przyrzeczenie, mówił dalej:
— Czy zna kto z was wielkie jezioro tam wgórze, które nazywają „Srebrnem Jeziorem“?
— Ja, — odpowiedział tylko jeden, a mianowicie ciotka Droll. — Każdy z nas słyszał tę nazwę, ale za wyjątkiem mnie nikt tam pewnie nie był, jak się domyślam z milczenia tych gentlemanów.
— Well! Wiem, że wgórze istnieją bardzo bogate pokłady, stare miny, sztolnie i składy rudy — wszystko z pradawnych czasów. Ja sam znam kilka sztolni i składów, i udaję się teraz w góry z dzielnym inżynierem, aby obejrzeć, czy można je eksploatować na wielką skalę i czy z jeziora da się wydobyć potrzebną do tego siłę. Zadanie nie jest oczywiście zupełnie bezpieczne i dlatego potrzebuję gromady dzielnych i doświadczonych westmanów, którzyby z nami poszli. Pozostawcie więc waszą pracę na pewien czas w spokoju i jedźcie za mną nad jezioro, messurs! Zapłacę wam dobrze!
— Tak, to jest piękny projekt! — zawołał stary Missouryjczyk zachwycony. — Ja zgodziłbym się na to natychmiast, ale nie mogę i nie powinienem, bo muszę dostać w swe ręce tego kornela.
— I ja także, ja także! — przyłączył się Droll. — Bardzo chętnie poszedłbym z wami, nie dla zapłaty, lecz dla samych przygód; uważam też za bardzo wielki zaszczyt, móc jechać z Old Firehandem. Ale nie mogę, bo i ja muszę siedzieć na śladzie tego łotra.
Po twarzy Old Firehanda przebiegł lekki uśmiech, kiedy odpowiedział:
— Wy dwaj żywicie pragnienie, które najpewniej wtedy się spełni, gdy pozostaniecie ze mną. Opuszczając ognisko trampów, aby przyjść tutaj, musieliśmy naturalnie prowadzić powiązanych jeńców; jednego, najmłodszego z nich, wziąłem w swoje ręce. Miał odwagę przemówić do mnie i dowiedziałem się z jego słów, że właściwie nie należy do trampów i martwi go to, iż był razem z nimi; przyłączył się do nich tylko ze względu na brata, który dziś został zabity. Dał mi wyjaśnienia co do zamiarów kornela na przyszłość. — Chciałbym go zatrzymać, przy sobie, tak ze względów ludzkości, jak i roztropności. Czy mam tego człowieka przyprowadzić?
Kiedy obecni zgodzili się na to, Old Firehand poszedł po trampa. Ten miał niewiele ponad lat dwadzieścia, wyglądał na roztropnego i był silnej postaci. Old Firehand zdjął mu więzy i kazał usiąść obok siebie.
— No, — zwrócił się do niego — widzisz, że nie waham się spełnić twe życzenie. Brat sprowadził cię na manowce; jeśli więc złożysz mi przyrzeczenie, że będziesz odtąd uczciwym człowiekiem, to uwolnię cię w tej chwili i będziesz mógł stać się dzielnym westmanem. Jak się nazywasz?
— Nolley, sir, — odpowiedział zapytany, podając mu rękę wśród potoku łez. — Będę wam wdzięczny całe życie, jeśli spełnicie me życzenia.
— Jakie?
— Przebaczcie mi nie tylko pozornie, ale naprawdę to, że znalazłem się w tak złem towarzystwie, i pozwólcie mi rano pogrzebać zabitego brata. Niech nie gnije we wodzie i nie szarpią go ryby!
— Te życzenia wskazują, że nie pomyliłem się co do ciebie. Odtąd należysz do nas i nie będziesz się pokazywał dawnym towarzyszom, bo oni nie powinni wiedzieć, że trzymasz z nami. Wspominałeś o zamiarach kornela. Czy znasz jakie?
— Tak; długo ukrywał je, ale wczoraj opowiedział nam o nich. Najpierw zamierza udać się na wielki meeting trampów, który ma się odbyć niedługo.
— Heigh-day! — zawołał Droll. — Więc dobrze mię poinformowano, mówiąc, że niedaleko za Harper mają się spotkać setki tych włóczęgów, aby omówić kilka sprawek, do których wykonania trzeba ich wielkiej liczby. Czy znasz to miejsce?
— Tak — odpowiedział Nolley. — W każdym razie znajduje się ono, idąc stąd, za Harper i nazywa się Osage-nook.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy o tem. „Nook“, to dziwny! Chciałem udać się na ten meeting, aby tam może znaleźć tego, kogo szukam, a nie miałem pojęcia, że jechałem z nim na steamerze. Gdybym był mógł schwytać go zaraz na pokładzie! A więc kornel udaje się do Osage-nook? Dobrze; jedziemy więc za nim — nieprawdaż, master Blenter?
— Tak! — skinął stary. — Szkoda że musimy się rozstać z sir Firehandem.
— To całkiem zbyteczne — odpowiedział myśliwy. — Mój najbliższy cel leży w pobliżu tego miejsca; jest nim farma Butlera, należąca do brata inżyniera, który tam na mnie czeka. Pozostaniemy więc razem przynajmniej kawał drogi. Czy kornel ma jakie plany na dalszą przyszłość?
— Naturalnie, — odparł nawrócony tramp. — Po meetingu udaje się do Eagle-tail, aby napaść na tamtejszych urzędników kolejowych i zabrać im kasę.
— Dobrze, żeśmy się o tem dowiedzieli! Jeśli go nie schwytamy na meetingu, to znajdziemy tem pewniej w Eagle-tail.
— A jeśliby i tam umknął, — ciągnął dalej Noiley — to możecie go ująć później nad „Srebrnem Jeziorem“.
Te słowa wywołały ogólne ździwienie, a na Old Firehandzie wywarły takie wrażenie, że spytał prędko:
— Nad „Srebrnem Jeziorem“? Co wie i czego chce kornel w tem miejscu?
— Chce odszukać skarb jakiś.
— Skarb?
— Tak! Mają tam być ogromne skarby, zakopane czy zatopione jeszcze przez dawne ludy w odległych czasach. Kornel ma dokładny plan miejsca, na którem należy ich szukać.
— Czy widziałeś ten pian?
— Nie! Nie pokazuje go nikomu.
— Przecież obszukaliśmy go dokładnie i zabraliśmy wszystko; planu nie miał przy sobie!
— Schował go zapewne; myślę nawet, że go wcale przy sobie nie nosi, lecz gdzieś dobrze zakopał.
Uwaga słuchaczy zwrócona była na mówiącego, dlatego nikt nie uważał na Drolla i Freda, których to, co usłyszeli, wprawiło w niemałe wzruszenie. Droll patrzył na trampa szeroko otwartemi oczyma, a Fred, kiedy opowiadający skończył, zawołał:
— To on! Ten plan należał do mojego ojca!
Wzrok wszystkich zwrócił się ku chłopcu. Zarzucono go pytaniami, lecz Droll skinął energicznie i rzekł:
— Teraz ani słowa messurs! Później dowiecie się o tej sprawie. Główną rzeczą jest, że mogę oznajmić, iż ja i Fred na wszelki wypadek jesteśmy na usługi Old Firehanda.
— Ja także! — oświadczył wesoło stary Missouryjczyk. — Wpadliśmy tu w takie mnóstwo tajemnic, że nie wiem, jak je rozplątamy. Wy pójdziecie przecież także, towarzysze?
— Tak, tak! Naturalnie! — odpowiedzieli chórem rafterzy.

— Well! — oświadczył Old Firehand. — Ruszamy więc rano. Teraz nie potrzebujemy się troszczyć o ślady kornela, bo wiemy, gdzie go znaleźć. Będziemy go ścigać przez lasy i prerje, góry i doliny, a jeśli trzeba, to nawet aż do Srebrnego Jeziora. Czeka nas bardzo ruchliwe życie. — Bądźmy więc dobrymi towarzyszami, messurs!





Przypisy

  1. Lubryka — ochra.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.