Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na rękę; obu Tonkawów powitał oddzielnie, mówiąc do nich:
— Moi czerwoni bracia dokonali nielada sztuki, ścigając trampów; pozwoliło mi to iść za nimi.
— Pochwała mojego brata przynosić więcej czci, niż my zasługiwać, — odparł skromnie stary Niedźwiedź. — Trampi pozostawić ślad tak głęboki, jak stado bawołów. Kto go nie widzieć, ten być ślepy. Ale gdzie być kornel? Czy także zabity?
— Nie, żyje. Uderzenie mojej kolby ogłuszyło go tylko; wrócił już do przytomności i związaliśmy go; tam leży.
Wskazał ręką ku miejscu, gdzie leżał kornel. Tonkawa podszedł do trampa, wyciągnął nóż i rzekł:
— Kiedy nie umrzeć od ciosu, to umrzeć od noża. On mnie bić, ja wytoczyć jego krew!
— Stój! — zawołał stary Missouryjczyk. — Ten człowiek należy do mnie!
— Ty także nosić zemstę na niego?
— Tak, i to jeszcze jaką!
— Krew?
— Krew i życie!
— Odkąd?
— Od wielu, wielu lat. On kazał mi zaćwiczyć na śmierć żonę i dwu synów.
— Ty się nie mylić? — spytał Indjanin, któremu ciężko przychodziło wyrzec się zemsty, do czego jednak zmuszony był prawem prerjowem.
— Nie! Takiej twarzy się nie zapomina!
— Ty go więc zabić?
— Tak. bez żadnej litości.