Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc ja ustąpić, ale niecałkiem. On mnie dać krew, a tobie życie. Tonkawa mu nie móc darować kary; on mu więc wziąć uszy! Ty przystawać?
— Hm! A gdybym się nie zgodził?
— To Tonkawa go natychmiast zabić!
— Dobrze, bierz więc jego uszy! Może to nie po chrześcijańsku, że się zgadzam, ale kto wycierpiał tyle męk, ile on mi zgotował, ten trzyma się praw sawanny i nie oszczędza takich łotrów!
— Tak, uszy być moje i ja je wziąć. — Ukląkł obok kornela, aby wykonać swój zamiar; kiedy ten ujrzał, że to nie żarty, wykrzyknął:
— Co wam wpadło do głowy, messurs! czy to po chrześcijańsku? Co wam uczyniłem, że pozwalacie temu czerwonemu djabłu kaleczyć mnie?
— O tem, co mi uczyniłeś, potem pomówimy, — odpowiedział Blenter zimno i poważnie.
— A co my mamy do ciebie, to się pokaże, — dodał Firehand. — Jeszcześmy nie przeszukali twoich kieszeni. Zobaczymy, co się w nich znajduje!
Dał znak Drollowi, a ten wypróżnił kieszenie jeńca. Między innemi znaleziono portfel, który, jak się okazało, zawierał całą, skradzioną inżynierowi sumę.
— Ach! jeszcze nie podzieliłeś tego? — śmiał się Old Firehand. — To dowód, że twoi mieli więcej zaufania do ciebie, niż my. Jesteś złodziejem, a może czemś gorszem od tego. Nie zasługujesz na żadne względy. Wielki Niedźwiedź może czynić, co mu się podoba!
Kornel wrzasnął strasznie, ale wódz, nie zwracając uwagi na krzyki, ujął go za czuprynę i dwoma pewnemi ruchami odciął mu obie muszle uszne i rzucił do