Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzeki; poczem rzekł:
— Tonkawa się pomścić i móc jechać dalej.
— Teraz? — zapytał Old Firehand. — Nie chcesz przynajmniej przez tę noc pozostać z nami?
— Tonkawa być obojętne, dzień czy noc. Jego oczy dobre, a czas mieć krótki. On stracić wiele dni, aby ścigać kornela, i teraz jechać dniem i nocą, by dostać się do swego wigwamu. On być przyjaciel białych mężów, a wielki przyjaciel i brat Old Firehanda. Wielki Duch dawać zawsze dużo prochu i wiele mięsa bladym twarzom, które być przychylne dla Tonkawa. Howgh!
Zarzuciwszy karabin na ramię, odszedł, a syn, zabrawszy swą strzelbę, poszedł jego śladem.
— Gdzie mają konie? — Zapytał Firehand.
— W górze przy naszym baraku — odpowiedział Missouryjczyk. — Poszli pewnie, aby je zabrać, ale czy po nocy znajdą drogę w puszczy, za tobym...
— Nie bójcie się! — przerwał myśliwy. — Znają drogę, inaczej pozostaliby. Pozwólmy im więc jechać, a zajmijmy się własnemi sprawami. Co zrobimy z zabitymi i jeńcami?
— Pierwszych wrzućmy do wody; nad drugimi urządźmy według starego zwyczaju sąd. Przedtem jednak trzeba się upewnić, czy ze strony zbiegłych nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
— O! tych jest tak mało, że nie potrzebujemy się obawiać; będą uciekać, póki im sił starczy. Możemy zresztą postawić straże.
Od strony rzeki nie trzeba było niczego się obawiać, a z drugiej strony postawiono kilka straży, poczem Old Firehand kazał przyprowadzić pozostawione konie.