Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Teraz mógł się odbyć „sąd prerjowy“.
Najpierw sądzono towarzyszy kornela. Nie można było dowieść, by który z nich wyrządził komuś z obecnych co złego; za to, co zamierzali zrobić, policzono im jako karę odniesione przy napadzie rany i utratę koni: przez noc miano ich strzec surowo, a rano puścić wolno.
Teraz przyszła kolej na głównego sprawcę, kornela, wijącego się z bólu. Przyniesiono go do ogniska, a zaledwie na twarz jego padł blask ognia, młody Fred wydał głośny okrzyk i, zwróciwszy się do Drolla, zawołał:
— To on! To on! Mamy go wreszcie!
Droll przyskoczył do niego, pytając:
— Nie mylisz się? To niemożliwe!
— Tak, to on, morderca! — upierał się chłopiec. — Patrz, jakie zrobił oczy! Wszak widać w nich trwogę Śmierci? Widzi, że jest odkryty i że musi teraz wyrzec się wszelkiego ratunku!
— Ale, gdyby tak było, poznałbyś go na statku.
— Wtedy tylko trampów widziałem, ale nie jego. Musieli go inni zasłaniać.
— Tak; rzeczywiście. Ale jeszcze jedno: opisywałeś sprawcę jako czarnego, o włosach kędzierzawych, a ten ma włosy krótkie, twarde i rude.
Chłopiec zrazu nie odpowiedział; dotknął ręką czoła, potrząsnął głową, a cofnąwszy się o krok, rzekł tonem, w którym słychać było niepewność:
— Prawda! Twarz ta sama, ale włosy inne!
— Widocznie, Fredzie, wziąłeś go za tamtego. Ludzie bywają bardzo do siebie podobni. —
— Ale, — wmieszał się Missouryjczyk, — włosy można