Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miona?
— To nie, ale coś w tym rodzaju. Założę się, że kornel był na tyle mądry, by nie chodzić daleko. Wszedł tylko cokolwiek w las i ukrył się za drzewem, aby wam pozwolić przebiec obok siebie.
— Jak? Co? Przebiec obok niego? — Gdyby to była prawda, to nie mogłoby mi się już większe głupstwo przydarzyć!
— Napewno tak było! Dlatego wzywałem was, byście stanęli; gdybyśmy się znaleźli w ciemnościach lasu, położylibyśmy się i nasłuchiwali. Przytknąwszy uszy do ziemi, usłyszelibyśmy jego kroki i moglibyśmy rozpoznać ich kierunek, a gdyby stanął, łatwo byłoby go podejść. Podchodzić wszak umiecie doskonale. Wiem przecież o tem.
— To się rozumie — odpowiedział Droll, któremu ta pochwała pochlebiła. — Kiedy o tem myślę, zdaje mi się, że macie zupełną słuszność. Byłem wtedy głupi, trochę za głupi. Ale może to naprawię? Co myślicie o tem?
— Jest to zupełnie możliwem, ale łatwo nam to nie przyjdzie. Musimy czekać do rana i wtedy odszukać jego ślady. Pójdziemy potem za niemi, a prawdopodobnie schwytamy go. — To zdanie zakomunikował także rafterom, na co stary Missouryjczyk oświadczył:
— Sir, ja jadę z wami. Koni zdobyliśmy dosyć, tak, że jeden i mnie się dostanie. Rudy kornel jest tym którego szukam od lat wielu. Teraz mam wreszcie jego ślady, a towarzysze nie wezmą mi za złe, że ich opuszczę. Szkody przytem także nie poniosę, bo zaczęliśmy robotę dopiero niedawno.
— Bardzo mi to miłe, — odpowiedział Old Firehand. —