Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zapytajcie jego samego! Leży przecież tutaj związany.
Blenter poczęstował teraz trampa kopnięciem i groźbą zmusił go do odpowiedzi; okazało się, że wszystko odbyło się tak, jak przypuszczał Old Firehand. Stary rafter chwycił się za głowę:
— Sambym się wypoliczkował! Takiej głupoty w całych Stanach jeszcze dotąd nie popełniono. Ja jestem winien, tylko ja! Głowę daję, że to ten drab, o którego mi szło.
— Naturalnie, że to był ten sam, inaczej dałby wszak zupełnie spokojnie obejrzeć swą nogę; gdyby nie miał tych blizn nie stałoby mu się nic złego. Za kradzież pieniędzy inżyniera, nie mogliśmy go ukarać według praw sawanny, bo na sądzie nie było okradzionego.
Teraz powrócił także Droll z nosem opuszczonym Biegł on, jak myślał, za zbiegiem jeszcze dość daleko przez las, obijając się wielokroć o drzewa; potem stanął, nadsłuchując, lecz, że wokoło najmniejszy szmer nie zdradzał miejsca pobytu kornela, musiał zawrócić.
Old Firehand polubił tego dziwacznego człowieka i nie chcąc go wobec rafterów zawstydzać, zapytał w języku niemieckim:
— Ależ, Droll! Czy nie słyszeliście, jak kilkakrotnie wołałem za wami?
— Słyszałem zupełnie dobrze, — odrzekł grubas.
— A czemu nie zatrzymaliście się?
— Bo chciałem schwytać tego draba.
— I dlatego biegliście za nim w las?
— Jakże inaczej mógłbym to zrobić? Czy może sądzicie, że wróciłby dobrowolnie i rzucił mi się w ra-